Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

woda / water

od skrajności do skrajności. w ugandzie znajdziesz wszystko - od braku wody w kranie po ekskluzywne baseny, od braku prądu w wioskach po pstryczki elektryczne podgrzewające wodę na kąpiel na zawołanie... doceniam możliwość jaką mam, dokonywania wyborów tutaj, świadoma też tego, że nie wszyscy tutaj tez maja taka mozliwosc. nie mniej jednak skaczę z jednego końca kontunuum na drugi. nocleg za 9 tysi tu, za 65 tysi tam... 

tym sposobem - na pijanego zająca - trafiłam do munyonyo resort. miejsca, gdzie rodziny przyjeżdżają na wesela, które odbywają się w pięknych ogrodach nad brzegiem jeziora wiktoria... i miejsca, w którym spragnieni wody muzungus mogą się pławić w turkusowej wodzie pod otwartym niebem. ...nie tylko muzungus, ale wejście jest płatne - 20.000 - co znacznie ogranicza możliwości przeciętnych miekszańców kampali, by korzystać z jego uroków. stąd też znaczna nadreprezentacja przybyszów i przybyszek z innych krajów tutaj. co dla mnie samej też jest nowością, bo do tej pory nieczęsto znajdowałam się w takim towarzystwie. 

relaks 100%. zskakujące spotkania 200%, czyli warto było :)

from one extreem experience to another. here in uganda you will find everything - from lack of water in your tap (or just no taps at all), to exclusive swimming pools; from lack of electricity in smaller villages to switches in your bathroom to heat up water just like that. i do appreciate my ability to make choices here, being aware at the same time that it is not a rule for everyone here. nevertheless i jump from one end of this continuum to the other. bed for 9k here, for 65k there...

so in this very manner - in a drunken rabbit syle (oh really, is there such a saying in english? in polish there is ;)) - i ended up in munyonyo resort. in a place where families come to celebrate wedding parties at the bank of victoria lake. in a place where muzungus, willing to saturate their bodies in turquise water under the blue sky can easily fullfil their desires... well, not only muzungus, but the entrance is priced 20k - and that strongly narrows the group that can make use of this beautiful spot. this is the reason for a great overrepresentation of foreigners here. for me myslef this was quite a unique situation, cos i have so far visited quite a different kind of places and was surrounded by quite a different kind of people...

100% of relax plus 200% of surprising meetings means it was worth it :)

a tam pod tym zadaszeniem, tego nie widac, na dnie basenu przymocowane sa krzeselka...
by siedziec w wodzie i popijac koktajle z palemka ;)

dookoła basenu rozstawione leżaki z parasolkami, czytam książkę, rodzina okupująca miejsce obok mnie zagaduje, skąd jestem, dokąd zmierzam, jak to jest podróżować samej. odpowiadam. mówię też "oh, once you should try it yourself" i wtedy dowiaduję się, że jeden z nich - yunus - ma już takie doświadcznie, podróżowania samotnie... choć w trochę domiennych warunkach - uciekając z erytrei, przez tydzień przedzierając się przez granice i przez miesiąc przez saharę, przy czym przez ostatnie 4 dni bez wody, a potem jeszcze przez parę dni na łódce, z innymi uchodźcami, wydzierając się w niebogłosy, by tylko włoski patrol ich zgarnął i przywiódł do brzegu. jemu się udało. teraz pracuje jako fryzjer. niezbyt lubi włochy, ale cóż - nie może wybierać. zarabia tyle, by jeszcze wspierać rodzinę, która została na miejscu. wiec w sumie jest szczesliwy. w takich momentach pokornieję. 

czytam dalej. staram się. moje myśli gdzieś krążą nad kontynentem afrykańskim i staram się sobie wyobrazić drogę yunusa do wyzwolenia. po chwili podchodzi inna osoba - erik - i znów zatapiamy się w rozmowie na zupełnie już inne tematy. o tym jak to jest być pilotem i latać nad terytorium afganistanu, nigerii, somalii, południowej afryki. teraz uderza mnie kontrast tych dwóch rozmów - przedzieranie się przez busz vs. przecinanie powietrza skrzydłami samolotu; każdy kilometr, który jest wyzwaniem vs. tysiąc kilometrów, które moża przebyć w ciągu godziny; litr wody na wagę złota vs tysiące litrów paliwa spalane w trakcie jednego lotu.

takie kontrasty nad brzegiem basenu w munyonyo... dla nas wszystkich jednak, o skorze w różnych odcieniach brązu, woda jest tak samo łaskawa. dla praw fizyki nie ma znaczenia skąd pochodzisz i jaki jest twój status społeczny, nabierasz powietrza w płuca i możesz swobodnie unosić się na jej powierzchni. bez oporu.
around the swimming pool you'll find plenty of chairs and umbrellas. while i'm reading a book, a family occupying some place next to me asks me where i am from, where i'm heading to, how it is to travel on my own. i answer them. and i say "oh, once you should try it yourself" and that's how i get to know that one of them - yunus - has had such an experience already... in a quite a different circumstances though - fleeing erytrea, for one week trying to cross the boarders in a bush and for another month travelling through sahara, 4 last days without water, and then another a couple of days in a tiny ship, with other refugees, screeming their lungs out, so that only italian see patrol could hear them and bring them safely to the shore. he made it. now he works as a barber. well, doesn't really like italy, but kinda have no other choice. earns enough to support his farmer family in erytrea. in such moments i grow in humility.

i'm reading on. well, at least i am trying to... but my thoughts are somewhere in clouds above the african continent, trying to imagine yunus' way to freedom. after a while another person comes up - erik - and again we start to talk, but reaching just very different places to those in the previous converstion. now he talks about how it is being a pilot and fly above afghanistan, niger, somalia, south africa. and only now - while i'm writing this words - another contrast strikes me - forcing your way through the bush vs slicing the air with your airplane wings; every mile that is a challange vs thousands of miles you can do in just one hour; one liter of water that is worth more than gold vs gallons of fuel that are burnt during one flight...

such are the contrasts round munyonyo swimming pool. at least for all of us, with skins of different shades of brown, water is equally good to us. laws of phisics do not care about where one comes from and what one's social status is. you just take a deep breath and float easily on the surface of water. without any resistance.

probowalam czytac. moze w spokojniejszych okolicznosciach przyrody pokontynuuje ;)



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...