Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

nie zawsze możesz mieć co chcesz...


hm. tyczy się to również mnie ;) na sam szczyt wodospadu nie dotarłam... skończyło się na przyjemnej choć dość nudnej wycieczce na łódce, nilem, do wodospadu. hipopotamy, orły, bawoły, jakieś tutejsze sarny, krokodyle i takie tam, niestety nic przełomowego ;) 



zatrzymaliśmy się 700 metrów od ściany wody, bo bliżej prąd by nas porwał. sternik łodzi wypytywał wszystkich, czy wybierają się na hiking - niestety nikt nie wpadł na taki sam genialny pomysł jak ja... tzn. nie na naszej łodzi, która wypełniona była głównie hindusami, z których część pracuje w kampali i w okolicach jinjy (robiąc jakieś interesy z tamtejszą plantacją trzciny cukrowej) a druga część mieszka w indiach, w delhi i odwiedza tutaj w ugandzie tę pierwszą część. oprócz tego na pokładzie była również para hiszpanów, z którymi być może jutro zabiorę się do hoimy lub wysiąde po drodze w bulisie i jeszcze para niemców, z którymi wymieniłam się usługami fotograficznymi.

nie w porę zauważyłam drugą łódź, która musiała wystartować z jakiegoś innego miejsca. łódź, która wypełniona była ludźmi wybierającymi się na szczyt... widziałam jak schodzą na brzeg, ale już nie dało się nic z tym zrobić, nie mogliśmy - ze względu na silny prąd - do nich podpłynąć... zresztą nie wiem, czy zmierzali potem z powrotem do paraa, może nie... pewnie nie, pewnie wszyscy uderzali w zupełnie inne miejsca, tak tak ;) ale też myślę, że gdyby ten plan się powiódł, to by znaczyło, że mam nieproporcjonalnie więcej szczęścia niż rozumu. więc takie doświadczenie też mi się przyda :) 


gdyby przyszło mi kiedyś jeszcze to powtórzyć to a) zrobiłabym wszystko, by zacząć poranną łódką, by mieć czas na spacer na górę i z powrotem a potem wrócić spokojnie łódką wieczorną, b) po zadokowaniu się w red chili od razu wyszłabym na drogę łapać jeepy jadące na szczyt i potem zawinęłabym się z łódką wieczorną - choć jest niebezpieczeństwo, że nie podpłynie do brzegu ;) c) postawiłabym tylko na zabranie się z kimś jeepem tam i z powrotem - jazda tą łódką niekoniecznie jest warta 3 godzin twojego życia ;) choć dla obserwacji poczynionych po drodze i znajomości i tak myślę, że jednak było warto . 

jutro rano widzę się z człowiekiem, z którym porozmawiam o ropie i zobaczę, może zabierze mnie do bulisy i jakoś uniknę płacenia drugi raz 35 dolców za kolejną rozpoczętą dobę... ale kombinuję... ale to będzie przecież przekroczenie o tylko 3 godziny ;) a jeśli to nie przejdzie to może z kimś innym pojadę na szczyt, albo po prostu zawinę się z parą hiszpanów, których poznałam na łódce. 

uf. koniec tego planowania. może z kimś tutaj jeszcze porozmawiam, zamiast patrzyć się w ten ekran ;) siedzę właśne na super fajnie położonym tarasie, z którego widać nil - widać, ale nie teraz, bo teraz jest 19:41 jak piszę to zdanie i dookoła jest ciemność. red chilii to najtańsze miejsce w tym parku, ale towarzystwo jednak zupełnie inne w porównaniu do klimatu z hostelu w bujagali falls. całkiem przyjemnie :)

i jeszcze na koniec dnia bawilam sie czasem i swiatlem z gwiazdami poludnia ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...