Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
dzień z walterem był również okazją dla poznania pochodzenia słowa kampala - od zwierząt impala, które zamieszkiwały wzgórze na którym wzniesiono meczet obecnie nazwany imieniem kadaffiego. oraz źródłosłowia wszechobecnego muzungu - stosowanego dla określenia białych ludzi - pobrzmiewa mi w tym słowie flaneur, bo dosłownie oznacza ono człowieka, który chodzi dookoła i kręci się tu i ówdzie. oraz przebojowego boda boda - które wzięło się stąd, że było sobie jedno miasto przy granicy zwane boda, które historia podzieliła na dwie części, między którymi nie można było swobodnie się poruszać, więc zaczęto korzystać z małych motorków i ludzie krzyczeli take me from boda to boda!
Komentarze
Prześlij komentarz