Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

póki widzę światełko w tuneu - nie panikuję


coś niedobrego stało się z baterią w moim aparacie i miejmy nadzieję, że chodzi o baterię a nie o aparat. po prostu nagle zaczęło pokazywać na wyświetlaczu, że bateria jest pusta - mimo że jeszcze chwilkę przed tym robiłam swobodnie zdjęcia a rano teoretycznie była bateria pełna (choć teraz przypominam sobie sekundkę mojego porannego zdziwienia tym faktem, ostatni raz aparat ładowałam dawno temu i niby wciąż bateria była pełna... ale to była tylko błyskotliwa myśl z rana z którą nic się nie robi). no więc teraz po naładowaniu baterii, gdy wkładam ją do aparatu, to wciąż wskaźnik indykuje (private joke ;)) że bateria jest pusta.

martwi mnie to. bardzo. ale wróciłam właśnie do kampali i jutro będę mieć okazję, by pochodzić po sklepach i poszukać nowej baterii... ale jeśli to chodzi o aparat to nie wiem co zrobię, na pewno coś w stylu harakiri. póki co - jeszcze jest szansa - więc zachowuję na zewnątrz spokój.

cieszy mnie, że jutro będę mieć okazję spotkać się z marią z cobati, z którą przez te trzy tygodnie nie mogłam się zsynchronizować. martwi mnie, że do momentu spotkania mogę nie rozwiązać sprawy z aparatem. taki miks uczuć we mnie.

wyjeżdżając z hoimy zastanawiałam się, czy dobrze robię tak szybko opuszczając to miejsce, coś w środku, podpowiada, że gdybym została choć dzień, dwa dłużej, zdarzyłoby się coś jeszcze - wyjątkowego. naprawdę dobrze się tam czułam - a wróciłam do kampali, do hałasu i do spalin. mam tu co prawda pewne rzeczy do zrobienia (bateria, dwa spotkania), ale poczucie niedokończoności zostaje.

kampala jednak powitała mnie nad wyraz przyjaźnie, jakby chcąc nadrobić wszelkie swoje niedoskonałości dużego i hałaśliwego miasta. w wyniku mojego ociągania się z wyjazdem z hoimy busik, z którym przekroczyłam granice miasta, wjechał do kampali dopiero tuż przed zmrokiem i od razu utknął w jakimś nieziemskim korku. godzinę zajęło nam dotarcie gdzieś w okolice centrum. wizja szukania drogi do hostelu po ciemku trochę zaczęła mruczeć nade mną jak burzowe niebo.

taktyka nie ruszania palcem i czekania aż sprawy się same rozwiążą i tym razem zdała egzamin. spytałam kobietę obok, jaka to dzielnica. ona sptyała gdzie jadę, druga kobieta podchwyciła temat i spytała kierowcy, czy po drodze bedzie mijał moją ulicę, kierowca się zgadza i jak docieramy na miejsce pomaga mi wysiąść z plecakiem. odjeżdżają. zaczynam się rozglądać, zaczynam, zrobiłam dostłownie pół obrotu głową, by zorientować się w przestrzeni i słyszę głos - miejsce, którego szukasz jest tam. podnoszę wzrok i widzę starszego pana i pytam skąd on to wie. pyta, czy szukam tuhende safari lodge. kiwam głową. dziękuję.
chwilę później ląduję w miejscu zaskakująco tanim jak na samo centrum kampali i zaskakująco ładnym jak na tak tanie miesce. zostawam rzeczy. schodzę do restauracji zamawiam warzywa z grilla i świeży sok. dostaję najpierw zupę dnia (coś w rodzaju pysznej paćki pomidorowo-cebulowej), potem placek warzywny (jakoś na bazie czegoś w rodzaju selera lub pietruchy, ale też smaczne) i myślę sobie o co chodzi... no i po kwadransie ląduje na stole talerz warzyw, najpyszniejszych warzyw z grila jakie w życiu jadłam. mógł tutaj podziałać również czynnik mega głodu, bo jadłam wcześniej tylko śniadanie (omlet i tost), ale fakt jest faktem - kucharz dał radę. nie dostałam soku, ale za to dostałam deser (coś w rodzaju pudingu owocowego w jogurtowym sosie) i zapłaciłam mniej niż przewidywałam. zakręcona wróciłam na górę i znalazłam się w miejscu, w którym do tej pory się znajduję, gdy piszę te słowa :)

kampala wita, a ja się żegnam. dobranoc.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Opłotkami Kampinosu: Sochaczew --> Nowy Dwór Mazowiecki

Osobiście zachwyciły mnie: Sochaczew - okolice Zamku, z promenadą i miło usytuowaną kawiarnią nad Bzurą Bzura i ścieżka wijąca się prawym brzegiem rzeki …i w zasadzie cała trasa od Sochczewa do Śladowa - rozmaite nawierzchnie - od asfaltu, po fajne miękkie leśne podłoże, ścieżkę prowadzącą wałem i porządne szuterki Asfalt wijący się wzdłuż kampinoskiego szlaku rowerowego (który daje ulgę od „mazowieckich piasków") ...i Rezerwat Rybitew! Najbardziej klimatyczne i dzikie, pozostawione sobie, miejsce na trasie. …plus maki i chabry! Jak się przygotować (z dedykacją dla Zioła :D): 1 - Uważność na to, by wyłapać dobry moment na wypad rowerowy. śledzenie pogody i sprawdzanie, jak to się ma do obłożenia pracą. Jeśli można wziąć dzień wolnego i słońce ma świecić - to jedziemy! 2 - Pomysł na trasę. Po czym poznać, że dobry? Gdy skanując np. mapę wzrokiem, coś w środku kliknie i poczujesz nagły wzrost zainteresowania i motywacji :) Korzystanie z kolei, by przetransportować się z miejsca A do...

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Pociągiem na przełomie roku

Rok skończyliśmy niekonwencjonalnie. Rok skończyliśmy bardzo prosto.  Nie pojechaliśmy na Maltę, nie pojechaliśmy na Maderę ani na Majorkę. Wszystkie wyspy na "em" jeszcze kiedyś odwiedzimy. Na przełomie roku postawiliśmy na odwiedzanie ludzi i na odwiedzenie Morza.  Mieliśmy dwa tygodnie i wykorzystaliśmy je do cna. Zaskakujące - bardzo pomogły nam w tym koleje ;) Na trasie Warszawa - Zielona Góra - Poznań - Kaliska - Hel - Bydgoszcz - Grudziądz - Zielona Góra - Warszawa nie zaliczyliśmy w zasadzie żadnych znaczących opóźnień! Bez niespodzianek, bez wpadek, bez nerwowych zwrotów akcji - tak toczył się nasz Tour de Pologne na przełomie roku.  Rewelacje wyjazdu: - Termy w Poznaniu i basen na otwartym powietrzu podczas gdy dookoła śnieg a ponad wodą unosi się para i mgła. Przejście z sauny do sauny po śniegu i wygrzewanie się w cieple, wpatrując się w iglaki za panoramicznym oknem.  - Cudowny, społeczny czas w okolicach Sylwestra, w okolicy gdzie tylko las, jeziora i ż...