Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

historia - niehistoria


wczoraj w kampali chciałam złapać dwie sroki za ogon, przy czym sroki nie udało się złapać ani jednej, za to trafił się paw a może nawet dwa. 

z rana wykonałam telefon do tajemniczej organizacji, którą od jakiegoś czasu staram się namierzyć i - przyznaję - jestem już coraz bliżej... teraz jednak osoby, z którą mogłabym rozmawiać, nie ma na miejscu, będzie w przyszłym tygodniu. wtedy spróbuję po raz ostatni. chciałam umówić się na jeszcze inne spotkanie, ale tym razem przeszkodą była choroba... tak więc nieoczekiwanie (?) plan dnia uległ zmianom. 

zachęcona opisem z przewodnika, że w muzeum narodowym, w części poświęconej muzyce, można pograć na instrumentach, pojechałam na północ kampali. zanim weszłam do środka natknęłam się na targi książki... targi książki, które bardziej działają jako okazja dla spotkania się ludzi, którzy piszą niż dla promocji i sprzedaży książek. szwędałam się miedzy stanowiskami, przy jednym zatrzymałam się trochę dłużej... na parę godzin - ale o tym później. wyszłam z tej szwędaniny z wierszami. 

wokół jakich tematów, kręci się wyobraźnia tutejszych poetów i poetek? zgadnij. kolor czarny. kolor biały. skóra, kolonizator, cywilizacja, czasy odzyskiwania niepodległości, czasy odradzania się. uganda - perła afryki, która nie błyszczy. ugada - perła afryki, która może błyszczeć. i to miotanie się, wyrzucanie sobie niedoskonałości, zwracanie uwagę na to, gdzie leżą tego przyczyny, pokazywanie możliwych dróg, cofanie się do czasów przed, identyfikowanie się z zachodem teraz, szukanie nowej jakości w przyszłości lub słowa "fantasy - my beloved comforter". poezja ku pokrzepieniu serc. temat dla mnie na przyszłość, teraz gdy czytam te wiersze wielu po prostu nie rozumiem, rozumiem to co mogę zrozumieć, wiedząc tyle ile wiem, znająć angielski na tyle na ile znam... kiedyś przysiądę nad nimi ze słownikiem ;)

a. no i wciąż jeszcze nie weszłam do wnętrza muzem. dobrze, że przed wejściem do środka było tyle dystraktorów. sama wystawa muzealna trochę rozczarowuje, a może raczej - trochę zastanawia. trzy skrzydła - prehistoria, czasy tuż przed- i kolonialne oraz czas niepodległości. 

w pierwszym - skamienieliny, jedna czaszka, piękne i zakurzone makiety wyobrażające jak mogło wyglądać życie wówczas, puste gabloty, jakby 3/4 z tej części ekspozycji zostało wypożyczone na wystawę w innym miejscu... brak jednak o tym informacji, a więc po prostu pustka. 

w drugim skrzydle - gablota zatytuowana "beginings of uganda" dotycząca pierwszysch europejczyków i początków kolonizacji oraz informacja o tym, że zazwyczaj jak myślimy o czasach zamierzchłych to wydaje się, że są statyczne i że nic się wtedy przez wieki nie zmieniało... ale zabrakło mi pokazania tej zmiany - więc znów biała plama. i uderzyło mnie i w całej swojej rozciągłości dotarło do mnie, że rzeczywiście uganda jest tworem kolonizatorów, że to rzeczywiście koniec xix wieku jest początkiem ugandy jako jednej całości. wcześniejsze królestwa - buganda wraz z innymi okolicznymi - działały jako niezależne jednostki. przez chwilę mam wrażenie, że miotanie się z czasami kolonizacji jest wręcz wpisane w tożsamość ludzi tutaj. jak fikołek myślowy, który każdy w prcesie określania, kim jest, prędzej czy późnej wykona. 

i dookoła tyle przedmiotów rytualnych, powieszonych, postawionych, nieruchomych, które mają sens tylko w działaniu, jak przewrócony bączek za szybą, którego nie można dotknąć i ponownie zakręcić. potencjał zamrożony w lodzie. i jakoś wracały do mnie słowa chiwiego, że historia afryki ulatuje, że nie została spisana, że będzie żyć tylko jeśli będzie przekazywana, z ust do ust, jeśli będzie ruchoma. dojmujące uczucie, że przedmioty te nie mówią same za siebie, że nie ma osoby, która by o nich opowiedziała, że nie ma opisu, który uchwyciłby w statycznych słowach zapisanych na planszach powieszonych na ścianie znaczenie tego co tutaj dookoła. przewodniczka mówi tylko tu są maski, tu są wyroby z drewna, tutaj projekt hydroelektrowni na nilu... 

tak, bo w części współczesnej jest również cześć o przyszłości. muzeum, które przedstawia historię wyobrażeń o przyszłości, mocne prawda?
 
na instrumentach nie grałam. miejsce, które, jak do niego wracam pamięcią, było właśnie tą częścią wystawy, bardziej wyglądało mi na mieszkanie w trakcie przeprowadzki, gdzie rzeczy rozstawione są po kątach tymczasowo, przypadkowo, zakurzone, czekające na koniec malowania ścian. może naprawdę trafiłam na zmianę w wystroju ekspozycji? a rekonstrukcja pamięci dawnych dziejów afryki działa się na moich oczach? kto wie? może tam jeszcze kiedyś wrócę i sprawdzę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Opłotkami Kampinosu: Sochaczew --> Nowy Dwór Mazowiecki

Osobiście zachwyciły mnie: Sochaczew - okolice Zamku, z promenadą i miło usytuowaną kawiarnią nad Bzurą Bzura i ścieżka wijąca się prawym brzegiem rzeki …i w zasadzie cała trasa od Sochczewa do Śladowa - rozmaite nawierzchnie - od asfaltu, po fajne miękkie leśne podłoże, ścieżkę prowadzącą wałem i porządne szuterki Asfalt wijący się wzdłuż kampinoskiego szlaku rowerowego (który daje ulgę od „mazowieckich piasków") ...i Rezerwat Rybitew! Najbardziej klimatyczne i dzikie, pozostawione sobie, miejsce na trasie. …plus maki i chabry! Jak się przygotować (z dedykacją dla Zioła :D): 1 - Uważność na to, by wyłapać dobry moment na wypad rowerowy. śledzenie pogody i sprawdzanie, jak to się ma do obłożenia pracą. Jeśli można wziąć dzień wolnego i słońce ma świecić - to jedziemy! 2 - Pomysł na trasę. Po czym poznać, że dobry? Gdy skanując np. mapę wzrokiem, coś w środku kliknie i poczujesz nagły wzrost zainteresowania i motywacji :) Korzystanie z kolei, by przetransportować się z miejsca A do...

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...