Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
eva i tim to para holendrów, którzy wraz ze swoim kierowcą podróżują po ugandzie. w ciągu czterech dni udało im się odwiedzić entebbe, kampalę, jinję, odbyć rafting na nilu i trafić do tego samego miejsca, do którego ja podróżowałam ponad dwa tygodnie :) bez raftingu. teraz z perspektywy tych paru chwil, które dzielą nad od rozstania, myślę, że to naprawdę naprawdę miłe z ich strony, że wobec tak obcesowego pytania hej, słyszałam, że jutro wybieracie się do parku, czy podrzucilibyście mnie proszę do bramy wejściowej powiedzieli bez zawahania tak. myślę, że na ich miejscu zrobiłabym to samo, ale jednak nie jest to standardowa odpowiedź, której udziela się przypadokowo spotkanej na drodze osobie, która na dodatek przerywa popołudniowe piwo... a jednak :)
nasza wspólna jazda nie trwała długo, 21 kilometrów, ale rozkoszowałam się muzyką, której słuchaliśmy w trakcie. tak, to jedna z tych rzeczy, które dokładam do listy "tego zaczyna mi tutaj bardzo brakować" - dobrego gitarowego grania. nie postąpiłam zgodnie z pomysłem, który podsuwał mi daniel, by wziąć mp3, nie chciałam być zbytnio obłożona sprzętem... i teraz cierpię. ta chwila jednak, gdy w powietrzu unosiła się joni mitchel a potem zespół, którym mógł inspirować się john frusciante, była kojąca i mam nadzieję wystarczy na kolejne dwa tygodnie :)
a teraz... teraz też jestem otoczona muzyką. taki fusion jazz, gdy zespół zaczyna szaleć i już nie słychać melodii tylko właśnie szaleństwo dźwięków. ptaki. wprost nie do uwierzenia w pierwszych sekundach. teraz po paru godzinach zdarza mi się ich już nie słyszeć... by po chwili znów zostać zalana nową falą ćwierkania.
nasza wspólna jazda nie trwała długo, 21 kilometrów, ale rozkoszowałam się muzyką, której słuchaliśmy w trakcie. tak, to jedna z tych rzeczy, które dokładam do listy "tego zaczyna mi tutaj bardzo brakować" - dobrego gitarowego grania. nie postąpiłam zgodnie z pomysłem, który podsuwał mi daniel, by wziąć mp3, nie chciałam być zbytnio obłożona sprzętem... i teraz cierpię. ta chwila jednak, gdy w powietrzu unosiła się joni mitchel a potem zespół, którym mógł inspirować się john frusciante, była kojąca i mam nadzieję wystarczy na kolejne dwa tygodnie :)
a teraz... teraz też jestem otoczona muzyką. taki fusion jazz, gdy zespół zaczyna szaleć i już nie słychać melodii tylko właśnie szaleństwo dźwięków. ptaki. wprost nie do uwierzenia w pierwszych sekundach. teraz po paru godzinach zdarza mi się ich już nie słyszeć... by po chwili znów zostać zalana nową falą ćwierkania.
Komentarze
Prześlij komentarz