Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
to doświadczenie zasługuje na osobnego posta. o wiele łatwiej mi się czeka teraz w trakcie podróży niż na codzień. truizm, a jednak jestem zaskoczona.
czekanie półgodziny aż otworzy się jeden plik w przydrożnym punkcie printing, binding, scanning, photocopying? - ok. pani prosi mnie, bym miała cierpliwość, bo kiedyś z pewnością się otworzy, a ja dopiero w tym momencie dostrzegam, że komputer zawiesił się już kwadrans temu, gdy mała pamięć ram mozolnie zaczęła przetwarzać w ukryciu plik, który chcemy otworzyć.
godzina czekania na umówioną rozmowę? - ok. siedzę w kuckach na schodach i obserwuję życie ulicy, miejska medytacja, nie wiem, kiedy czas mija.
kwadranse, które dzielą wejście do matatu od wyruszenia w trasę? - ok. mam wrażenie, że nie było tego czekania, przez to, że cały czas było wypełnione drobnymi zdarzeniami - podchodzi ktoś do okna i sprzedaje pieczone banany, podchodzi ktoś do okna i sprzedaje bransoletki, podchodzi ktoś do okna i sprzedaje chipsy w paczuszkach, chapati zawinięte w folię, pasty do zębów w zestawie ze szczoteczką, mydła, pieczone udka kurczaka, wodę, soki, lody, wodę, wodę, wodę...
czekanie nie jest uciążliwe, bo nigdzie indziej poza tu i teraz nie muszę być. czasami chcę, planuję, dążę do, ale jak się to nie wydarzy to wydarzy się coś innego, równie ciekawego. więc mogę czekać... a w zasadzie to wcale nie czekam, tylko nieruchomo przeżywam każde mikrozdarzenie ze zdwojoną siłą.
Komentarze
Prześlij komentarz