Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

matatu, public transport, normal taxi


różne określenia a wszyscy na myśli mają to samo - białe busiki, których w całej ugandzie muszą być jakieś setki tysięcy. żeby sprawnie przemieszczać się z miasta do miasta wystarczy dobrze wiedzieć, gdzie się jedzie i - jeśli jest to mniejsza miejscowość - w kierunku jakiego większego miasta. system na pierwszy rzut oka chaotyczny, bo nie ma rozkładu jazdy ani wyraźnie wyznaczonych stanowisk. busiki jeżdżą jednak mniej więcej przez cały czas, jeden się napełni i odjeżdża, to zapełniany jest kolejny (maksymalne wykorzystanie wszystkich miejsc, bez pustych przebiegów i marnowania benzyny, yea), więc tworzenie rozkładów jazdy jest bezcelowe. zamiast stanowisk od 1 do 20 są obszary, w których stają dziesiątki busików zmierzających w określonym kierunku, do kampali, do lugazi, do busia. wystarczy powiedzieć na głos nazwę miejscowości i działa to jak zaklęcie otwierające sezam i idąc za wskazówkami kierowców koniec końców docierasz do busika najbardziej zapakowanego, który już za niedługo (more-or-less) będzie odjeżdał w kierunku twojego celu podróży. system przeznaczony dla ludzi, którzy dobrze wiedzą, czego chcą... a w przypadku białych turystów i turystek dodałabym jeszcze - i wiedzą mniej więcej, ile może kosztować taki przejazd jeszcze przed pojawieniem się w taxi park. bo tutaj, tak jak i w innych miejscach, gdzie wiele rzeczy jest umownych, płaci się nie tylko za usługę, ale i za niewiedzę. a reszta to już sama przyjemność, przewiewnie, zawsze ktoś powie ci, gdzie masz wysiąść, ktoś inny pomoże zdjąć twój plecak z góry i się uśmiechnie. :)

w drodze z jinja do najjembe :) teoretycznie to pojazd na 14 osób... ale daje się nim przewieźć z reguły o parę więcej ;)

no więc korzystając z normal taxi opuszczam jinję i zmierzam w kierunku kampali, robiąc sobie przystanek w rastfariańskim hostelu w najjembe. jinja powaliła mnie swoją witalnością i mnogością form zrzeszania się ludzi, którzy wspólnie chcą coś zdziałać. rose (fabio) powiedziała, że to cecha wyjątkwa dla tego regionu - w samym mieście liczącym około 80 000 mieszkańców zarejestrowanych jest 500 organizacji. to, jak działają i czy działają, to osobny temat. fakt faktem  - mega aktywność mieszkańców to chleb powszedni. myślę o tym, jak to będzie w innych regionach, które planuję odwiedzić - na północnym i połudiowym zachodzie ugandy... time will tell.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...