Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

pytanie - wytrych

- przepraszam pana, czy myśli pan, że mogłabym zrobić zdjęcie tej kafejce internetowej i temu salonowi piękności, przed którym stoją panele?
- oh, to bardzo miło z twojej strony, że pytasz, widzisz, właściciele obu tych miejsc są w środku, wejdź i zapytaj, pewnie nie będą mieli nic przeciwko.
- ok, to jak tylko zostawię mój plecak w hotelu, to wrócę tu i porozmawiam z nimi. dziękuję i do zobaczenia.
- do zobaczenia.


pytanie, które nie sprawi, że rzeczy zadzieją się szybciej. pytanie, które powoduje, że wchodzisz głębiej i zostajesz na parę godzin. pytanie, które koniec końców pozwala zrobić zdjęcie takie jak to i daje ci poczucie, że wszystko jest w porządku. pytanie, które zobowiązuje. pytanie, które sprawia, że z lżejszym sercem odpuszczam sobie robienie innych zdjęć i dokumentowanie fenomentalnych sytuacji, które spotykam po drodze - ale w biegu. myślę sobie wtedy, że i tak bym tego zdjecia nie wykorzystała, więc zachowuję je w swojej pamięci - o tyle o ile ;) z czasem ulatują, ale takie życie.



tumwesige prowadzi salon różnorodności. różnorodności ponieważ dzieją się w nim różne rzeczy, których nie sposób opisać jednym słowem. fryzjer, bilard, punkt ładowania komórek, punkt wypalania płyt... wszystkie te usługi dzieją się przy wykorzystaniu prądu, którego tutaj w bulisie jest stosunkowo mało. a który to prąd - jak mówi jeremy, którego spotkałam właśnie przy okazji wizyty w salonie różnorodności - jest warunkiem dla rozwoju tej okolicy. mieszkańcy mają nadzieję, że wraz z rozwojem biznesu ropnego inwestycje rządowe doprowadzą prąd i w to miejsce.

póki co mają do wyboru dwa alternatywne rozwiazania: generator prądu na benzynę lub panele fotowoltaiczne. pierwsze rozwiązanie dużo bardziej popularne, ponieważ jest znane (o tak! warkot generatora doskonale wszystkim jest znany) i na początku stosunkowo tanie - później jednak często się psuje i po pół roku trzeba kupić kolejny. drugie rozwiązanie zdobywa kolejnych zwolenników, takich jak np. tumwesige, który o panelach dowiedział się od swoich znajomych z kampali. rozwiązanie początkowo droższe, ale bezawaryjne a przewidywany czas pracy takiego panelu to około 5 lat. słońce świeci tutaj prawie cały czas, nawet w porze deszczowej można naładować baterie - więc to po prostu czysty biznes.
mimo to prądu wciaż jest mało, bo jak zacznie się korzystać z niego dla realizacji podstawowych potrzeb to od razu pojawiają się kolejne pomysły i kolejne potrzeby do spełnienia. także na tę chwilę te trzy panele, które ma tumwesige, już zaczynają nie wystarczać.



opuszczam to miejsce o zmroku, kiedy przy mdłym świetle chłopaki z okolicy wciąż grają w bilard, kiedy przy świetle kolorowego neoniku welcome na trzech fotelach strzyżeni są trzej panowie, którzy na ten zabieg piękności zdecydowali się dość późno tego dnia, kiedy kolejne osoby przychodzą po odbiór swoich komórek, kiedy na podeście przed salonem w ciągu 5 minut rozstawia się stanowisko komputerowo-dyskotekowe i puszczana jest muzyka ala-baraka-soundsytem, której nie jest w stanie ściszyć nawet stróża prawa, która w pewnym momencie interweniuje, bezskutecznie. opuszczam tumwesige, jeremiego i resztę, to elektryczne centrum kultury i prądotwórcze miejsce spotkań i znikam w ciemności ulicy. gdzieś parędziesiąt metrów dalej czeka na mnie łóżko i wypoczynek. co za dzień.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...