Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

betty i jej wielbłąd


african village guest farm leży na obrzeżach hoimy. nie wiedziałam tego, gdy bookowałam tu sobie miejsce. nie ma to zresztą większego znaczenia, bo dzięki boda-boda nie ma miejsc nie-po-drodze. może jedynie dziś rano poczułam, że jest jednak trochę bardziej niż zazwyczaj oddalone, gdy musiałam połowę drogi przejść na piechotę. nie mijał mnie żaden boda-bodmistrz z pustym siedzeniem - a tylko ci z pasażerami, lub ci, którzy motorami wiozą kasawy lub drewno lub mąkę na targ. 

przybyłam tutaj mając z tyłu głowy, że w lonley planet napisano o tym miejscu, że to jedno z najfajniejszych miejsc do zatrzymania się w, w trakcie podróży po ugandzie. w pierwszym momencie, gdy dotarłam na miejsce, nie wiedziałam, jak rozumieć tę infomację, w obliczu tego, co zastałam. boda-bodziarz też nie za bardzo miał przekonanie ku temu, by mnie ot tak po prostu, przy bramie zostawać - miejsce wyglądało na opuszczone. na takie opuszczone od paru lat, takie gdzie jeszcze słychać rozmowy z przeszłości i widać gdzieś migające między drzewami białe parasolki odbijające promienie słońca, ale ten widok to tylko wspomnienie - trochę nieaktualne, w którym jednak coś jeszcze się tli.
 
gdy wypatrzyliśmy w oddali poruszającą się sylwetkę, która wyraźnie zaczęła zbliżać się w kierunku bramy wjazdowej (zamkniętej na gruby - ale nie zardzewiały - łańcuch) boda-boda opóścił mnie, a ja wsmyknęłam się do środka. oto szła w moim kierunku betty - you must be suzana, am i right?

jeszcze nie do końca ją rozgryzłam - czy ze wszystkimi osobami, które do niej przyjeżdżają, spędza tyle czasu rozmawiając? czy robi to z ciekawości, czy z nudów, czy z potrzeby rozmowy z młodymi, jaką często mają w sobie starsze osoby? czy z opracowanego przez siebie know-how obsługi klienta? tak czy owak jest urocza, opiekuńcza i przenikliwie inteligentna... i trochę nie-stąd, mimo że mówi, że urodziła się w wioseczce gdzieś na pobliskm wzgórzu. to miejsce - ta african village guest farm - też jest trochę nie-stąd. z jednej strony są tu bandy, ale nie wyglądają tak jak wszystkie inne - projektant(ka?) fajnie je urozmaicił/a, z drugiej strony są tu zwierzęta - krowy, kury i osły - ale co tu robi wielbłąd? 

miejsce to jest przestrzenne i zbudowane z rozmachem, który niestety gdzieś po dordze wytracił swój pęd i jednych mógłby teraz onieśmielić a innych zafascynować. jedyne spokojne miejsce spotkań - czasami służy drobnym organizacjom dla przeprowadzania tutaj swoich zebrań, czasami wyprawiane są tu wesela, czasami ludzie z miasta przyjeżdżają tutaj z dzieciakami, po prostu by odetchnąć. w hoimie, tak jak i w innych miastach, które odwiedziłam w ugandzie, nie ma przyjaźnie zagospodarowanych otwartych i wolnych od zgiełku ulicy przestrzeni publicznych. a raczej - w każdym mieście znajdzie się jedno takie miejsce - ale są one wyjątkami, które potwierdzają regułę. 

africal village założył brat betty, brata już tutaj nie ma, nie rozwodzi się nad tym zbytnio, płynnie przechodzi do innych tematów - że jest tu małe muzeum dziwności, że jest tu też pole campingowe, że o poranku przechodzą przez farmę dzikie ptaki - guinea fowls - i że o patrz, właśnie sobie idą. obracam się. rzeczywiście. idą. i przez chwilę zastanawiam się nad dziwnością świata, że pewne rzeczy się zmieniają, przeistaczają w inne a pewne są niezmienne.

[zdjec brak - mam zle wiesci - cos sie stalo z bateria w moim aparacie i po prostu nie dziala. a chcialam zrobic zdjecie betty jak sie zegnalysmy - w tle rozmyta zielona przestrzen i wzgorza i szare plamy osiolkow paletajacych sie po lace, a w centrum ona - piekna starsza pani, z wyprostowanymi wlosami do kosci policzkowych z przedzialkiem posrodku, ale dzis wlosow nie bylo widac, poniewaz miala chuste w wielu barwach brazu na glowie i atlasowa podkoszulke w cieplym kurczaczkowo-zoltym kolorze - jesli ktos ma pomysl co moze byc nie tak z bateria, ktora laduje i laduje i jak juz niby pokazuje, ze jest naladowana i wkladam ja z powrotem do aparatu to aparat nie dziala i pokazuje, ze battery is low...]

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...