Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

ach te zdjęcia...

w nakasero market po raz pierwszy poczułam się niekomfortowo. nie ze względu na to, co mnie tam spotkło, ale z powodu myśli i rozterek wewnętrznych przez pryzmat których patrzyłam na tę okolicę.
walter wysadził mnie obok targu warzywnego i zachęcił do tego, bym rozejrzała się po nim. a więc poszłam się po prostu rozejrzeć. chodziłam między straganami bogatymi w ananasy, banany, papryki, słodkie ziemniaki, zioła, nasiona. moje oczy dostawały oczopląsu. widziałam wiele pięknych ujęć, ale też widziałam, że sprzedawcy i sprzedawczynie patrzą na tę sytuację inaczej. czułam się jak chodzący portfel. nie chciałam nic kupować, bo byliśmy w trakcie wycieczki, bo i tak nie ugotowałabym nic dzisiaj z tych warzyw, bo nie znam jeszcze lokalnych cen i nie chciałam się targować, nie znając kontekstu, nie chcąc nikogo urazić podając absurdalnie niską cenę. tak więc mówiłam tylko oli otya niabo, czyli jak się pani ma, pani odpowiadała, że dobrze i proponowała jedno z pięknych warzyw. dziękowałam ze zmieszanym uśmiechem i widziałam, jak uśmiech na jej twarzy gasł. sięganie w tej sytuacji po aparat zakrawało dla mnie o obelgę, nic nie daję a chcę wziąć ze sobą do polski piękny obraz. tak więc cierpiałam. myślę też, że dużo w tym wszystkim było w mojej głowie. nie wszyscy reagowali w taki sposób, dla niektórych mój uśmiech i pytanie o pozwolenie na zrobienie zdjęcia spotykało się z tak samo życzliwym uśmiechem i przyjęciem pięknej postawy do portretu - tak jak na zdjęciu poniżej. wyszłam stamtąd z mocnym postanowieniem chodzenia na targ po to, by rzeczywiście korzystać z niego w sposób do tego przeznaczony - by nie przekraczać zbytnio ról, które wypracowane zostały przez lata kontaktów z klientami, by robić zdjęcia tylko w sytuacji prawdziwej wymiany. lub znaleźć inny sposób na odwdzięczenie się za piękny widok.



...rano gdy kupowałam ananasy przy drodze przy której mieszkam było easy. proste zadanie, kupienie śniadania, bez bagażu i ciążącego w nim aparatu. to wiele ułatwia. trudnością było wyczucie czy to co kupuję jest dobrej jakości, bo jednak nie znam się jeszcze zupełnie na tym, po czym poznać, czy ananas jest dojrzały, czy jeszcze nie. ten, który kupiłam okazał się malutki (w porównaniu do innych, o czym dowiedziałam się później) ale za to fenomenalnie soczysty, nie za słodki i przyjemnie kwaśniutki :)

a tu jeszcze parę widoków, które przyciągnęły moją uwagę. może doczekają się osobnego potraktowania i szerszego opisu ;)

oto ogrodzenie hinduskiej świątyni w centrum kampali. dopiero parę dni po zrobieniu tego zdjęcia zaczęło mi przywodzić na myśl coś zupełnie innego.

kiedyś ten trawnik położony nieopodal parlamentu był miejscem, gdzie spotykali się i przesiadywali ludzie. po ostatnich wyborach, kiedy museveni znów wygrał i rozpoczął kolejne 4 lata rządzenia jako prezydent ugandy, ludzie gromadzili się tutaj, by protestować. od tego momentu zakazano tu wstępu. trawnik zieleni się dla samego zielenienia się.
historia walki o niepodległość w obrazkach

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...