Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
ah! i zanim położę się spać, by jutro świeża i wypoczęta spotkać dwójkę nowych znajomych o godznie 10 na rogu restauracji travelers corner i podjechać z nimi do bram parku - jeszcze dwa słowa o miejscu, w którym się teraz zatrzymałam. alinda guesthouse. hotel przedziwny, podejrzewam że prowadzony przez jakąś silnie religijną grupę. po czym wnoszę? np. po odgłosach, które teraz do mnie dochodzą. gdzieś spod dźwięków odbiornika telewizyjnego wypełzają śpiewy i mantryczne powtarzanie tych samych sentencji... po spotkaniach w kręgu, w trakcie których obsługa hotelu szeptem dyskutowała nad nowym testamentem... po nowym testamencie, który leży na stoliku w każdym pokoju... gdy spotykam w hotelu książki takie jak ta otwieram je na przypadkowej stronie i czytam pierwsze zdanie, które wpadnie mi do oka. tym razem również nie mogłam odmówić sobie takiej przyjemności - fear not daughter of zion, behold... żadnej ściemy - fear not daughter of zion :) amen.
Komentarze
Prześlij komentarz