Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

potęga wody


nie znam się na wodospadach, ale ssezibwa falls zrobiły na mnie wrażenie. wyjechaliśmy z kampali około południa, droga miała nam zająć "jakieś pół godziny", okazało się jednak, że kilometrów jest znacznie więcej do pokonania i nie ma czegoś w stylu dziury w czasoprzestrzeni, więc po prostu jechaliśmy i jechaliśmy. motorkami. łącznie 200km. szybko. a nawet za szybko. tak szybko, że szybkość wyciskała łzy z moich oczu. rozumiem, że super nawierzchnia drogi (<-- naprawdę) zachęca do rozwijania mega szybkości, ale dobitnie zrozumiałam też, że 120km/h is not my cup of tea.



do wodospadów dojechaliśmy z dodatkowym boda boda driver, bo walter i pol zakręcili się i w końcu nie wiedzieli, w którą stronę jechać. nie opiszę wrażenia, jakie wywołuje ogrom wody, który najpierw pojawia się z zza zakrętu, uderza z wielką mocą w kamienie, rozbryzguje się do białości, by zaraz rozlać się szeroko tworząc niesamowite rozlewisko z wysepkami o dziwnym kształcie i pokręconymi drzewami.



to miejsce kultu. przy różnych kamieniach składa się ofiary w różnej intencji. obecnie sugerowaną ofiarą w większości z tych miejsc są banknoty, które później, po naszym odejściu zabierają bogowie. zależnie od miejsca - życzenia mówi się na głos lub po cichu. przy tej okazji mieliśmy krótką rozmowę filozoficzną dot. tego czy bogowie-przodkowie rozumieją język polski. doszliśmy do wniosku, że rozumieją wszystkie języki - więc moje życzenie, które miałam wypowiedzieć na głos, mogłam wypowiedzieć tak jak chciałam - po polsku, co też z chęcią uczyniłam. czekam na spełnienie ;) kolejną okazją dla myślenia życzeniowego był wąski (<-- bardzo) przesmyk między zwaliskiem kamieni. w pewnym miejscu przejście się rozszerza i w tej mini-jaskince wypowia się cichą modlitwę, która również ma się spełnić. motywowana chęcią spełnienia się kolejnego życzenia przeciskałam się przez skałki. nie było to łatwe, ale skoro kabaka dał radę tędy przejść - co miało miejsce jakoś w 2008 roku - to i ja dam radę, myślałam. i przeszłam :)

wyjątkowości temu dniu dodawała aura - brzydka i zimna jak podczas najgorszego dnia lata w polsce :) oczywiście, nie byłam przygotowana na taki rozwój wydarzeń, więc moim dodatkowym życzeniem, które wypowadam po cichu już tutaj, z kampali, jest to by się po prostu nie rozchorować.

ah! no i jeszcze gumę złapaliśmy! przy wjeździe do kampali już. skręciliśmy na stację benzynową, pol obejrzał oponę, zdiagnozował flaka, popchał motor do zakładu naprawczego, który tutaj zwie się tyre clinic, by paru mechaników zreanimowało dętkę i wtedy zaczęło się piękne przedstawienie. łącznie w tej operacji brało własnoręcznie udział 6 osób, a dodatkowe parę rozmawiało obok i przyglądało się temu.



piękny był brak reakcji pola na to, że mamy flaka, po prosu uśmiech w moją stronę i lekkie wzruszenie ramionami. gdy siedzieliśmy przy motorze, przypomniało mu się, że nad wodospadami nie opowiedzieli o historii powstania tej rzeki. a więc w scenerii łatania dziury usłyszałam o tym, jak pewna kobieta przy porodzie, gdy odeszły jej wody, których było niezmiernie dużo, dała początek miejscu, które dziś odwiedziliśmy. ponoć takie rzeczy zdarzają się do dziś, np. w czerwcu, w kampali, w dzielnicy makindye, pewna kobieta urodziła bliźniaki - dziecko i węża - o czym pisały lokalne gazety. ciekawe, czy natrafię na ślad tego zdarzenia gdzieś w internecie :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...