Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
hit! tego się nie spodziewałam - spędzić pierwszy wieczór w kampali z kasią i jej koleżankami na sali treningowej gdzie andrew zachęcał nas do kopania, uderzania, robienia brzuszków i wykręcania swojego ciała ;) a jednak. zazwyczaj po tych zajęciach przychodzi czas na african fitness, który jest dość popularny wśród osób, które właśnie skończyły pracę. dziś jednak grupa się nie zebrała. na siłowni ćwiczyło jednak parę osób indywidualnie. nic nowego pod słońcem - siłownie są wszędzie.
Komentarze
Prześlij komentarz