Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

kolejny leniwy dzień, jak cisza przed burzą

niebo mruczy za moimi plecami. nikt nie wie, czy to jest pora deszczowa, czy sucha. wszystko się pokręciło. ptaki miały odlecieć o 1 i wrócić o 6... cały czas tu są. tylko w nocy milkną. jednak czytam książkę o fgm. czytam, cierpię, przeżywam, mam okres, myślę o tych wszystkich kobietach, myślę o sobie, doceniam swoją pozycję, to kim jestem, to z kim jestem, słucham ptaków, myślę o margaret, rozmawiam z kobietami tutaj, a w zasadzie z jedną, myślę również o niej, bawię się z jej córką, zion ma na imię, nie wiem co robić z kolejnymi zbiegami okoliczności, znów czytam książkę, boli mnie, nie rozumiem, piszę, zion podchodzi, bawimy się w paintcie, odchodzi, bo ktoś ją woła, przychodzi, odchodzi, znikła.



gotowałam dziś z jej mamą, a raczej przyglądałam się i podążałam za każdym jej krokiem. byłyśmy w ogrodzie, maczetą torowała sobie drogę do bananowca, którego owoce nadawałyby się na matoke. później nieporadnie niosłam kosz do miejsca w którym przygotowałyśmy potrawę. każdy fragment ma znaczenie - liście, łodygi, łyka, owoce. mówi we eat what we plant. gdy przygotowują jedzenie dla gości, to głównie na bazie tego co kupują w supermarkecie - ryż, ziemniaki, warzywa. gdy przygotowują jedzenie dla siebie, to tylko z tego ogrodu - banany i kasawa. no, czasami jeszcze fasola. to co kupują w sklepie to tylko cukier i parafina (do lamp). kontrast, bo mówi o tradycyjnej marnej pozycji kobiety i tym, że wszystkie obowiązki są w domu na jej głowie, a jednocześnie sama skończyła studia - administrację publiczną - ale zdecydowała się wrócić tutaj, by pomóc mamie w tym gospodarstwie turystycznym, bo inne prace są bardzo słabo płatne. mam parę pytań do niej - np. gdzie ci wszyscy mężczyźni? - ale średnio rozumiem to co mówi. mówi płynnie, ale w sposób dla mnie nieuchwytny.



jutro rano o świcie wyruszam stąd dalej. odwiedziłam dziś strażników i strażniczki u bramy wjazdowej. chciałam poznać teren i jednocześnie poprosić o podładowanie mojego laptopka, bo padł biedny z wycieńczenia. powala mnie uprzejmość ludzi, z którą się tutaj spotykam. ludzie przy bramie są całkowicie pewni, że o 7 rano z kimś się będę mogła zabrać. no więc będę tam rano. trochę wcześniej, by jeszcze z nimi sobie porozmawiać... i podładować komórkę, bo również jej źródło z którego czerpie wyschło do cna. a w miejscu w którym jestem currently there's no current ha ha ha. wracam do lektury. znów boli.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...