Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

spacer wrażeniowy / sensational walk

gdy rozmawia się przez telefon, niepostrzeżenie dochodzi się do miejsc, do których o zdrowych zmysłach nie doszłoby się. tak właśnie znalazłam się wieczorem nad nilem, tylko nie od tej turystycznej strony i nie w momencie, kiedy słońce stoi nad horyzontem. to jest coś, do czego jeszcze nie przywykłam - szybko zapadający zmork.

ale - lekiem na każde zło lub niepokój jest boda-boda :) bo od razu raźniej i ma się przewodnika na 5 minut lub przyjeciela na 5 minut, jakby to powiedział moses, z którym miałam przyjemność dzisiaj przejechać się do ujścia rzeki (<-- a raczej jej początku) i z powrotem. jechał baaardzo powoli :) uff. w trakcie spokojnej jazdy i rozmawiać jest łatwiej, dzięki temu wiem, że w jinja są "water bodies" i statki i lotnisko a ulubionym miejscem mosesa jest club o bardzo dziwnej nazwie, której nie zapamiętałam - cos i like to shake my soul and shake my body, it keeps me fit :)

w jinja jest jedna główna ulica, którą słusznie nazwano Main St. znajduje się na niej kilkanaście kafejek internetowych i przestrzeni wi-fi, nie-wiem-ile sklepów z pięknie farbowanymi torbami i ubraniami, restauracje oraz supermarkety głównie prowadzone przez hindusów. ten jeden spacer dzisiejszego wieczora wystarczył, bym zobaczyła Tę Sukienkę :) zobaczyła, przymierzyła, zdała sobie sprawę, że nie wzięłam kaski ze sobą i zaklepała ją na jutro :) ah. czasami widzi się rzeczy ładne, czasami nawet bardzo ładne czasami rozważa się czy kupić je czy nie... innymi razy jednak rzeczy mówią do ciebie i bez wahania wiesz dokładnie, że to jest to :) 

when you're talking on the phone, you reach - without any notice - places you would never go to being sane. this is how i eneded up today by the nile river - not at the touristy side and not during a day when the sun is still shinig above the horizon. this is something i still must get used to - a short day and and the sun setting down around seven.

but - boda boda can heal all of your sorrows! and it just instantly makes you feel better and feels like you have a personal 5-minute-guide or a 5-minute-friend - this is how moses would state that. it was him whom i had a chance to go to the nile with and back to the city. oh, he was driving so slowly - finaly! and during such a peacefull ride it's so much easier to talk. thanks to this i know that there are "water bodies" in jinja and ships and an airport and his favourite place to hang around is a pub with a name i really don't remember - cos i like to shake my soul and shake my body, it keeps me fit, he said.

in jinja there is one main street that is rightously called Main St. you'll find dozen inernet cafes and wi-fi spaces there and i-don'-know-how-many shops with beautifully coloured bags and cloths and restaurants and on top of that - supermarkets run by indian people. one stroll this evening was enough for me to find The Dress, to see it, to try it on, to realise i don't have money on me, to book it for tomorrow. oh! sometimes you see nice things, some times they're even very nice and you think whether you but it or not... the other times things just speak to you and you instantly know exactly that this is it!  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...