Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

kampala w małym paluszku

dzisiejszy dzień zaliczam do szalonych. najpierw wypisuję słowa klucze, które później mam nadzieję rozwiną się w pełniejsze opisy: sen o smoku. mały ananas. walter. historia ugandy i królestwa buganda. wierzenia. świątynia bahai. zupa orzeszkowa. zakupy na targu i robienie zdjęć. wiele religii w jednym mieście. boda-boda. pochodzenie słów kampala, uganda i muzungu. miasto wielu wzgórz. meczet kadafiego. obrazy edukacyjne na ścianach. jak działają matatu.

walter. 26 lat. pochodzi z busia - miasta na granicy ugandy z kenią. od 3 lat mieszka w kampali i zna ją jak własną kieszeń. właśnie rozkręca swój biznes boda-boda tour, który polega na tym, że wozi turystów na takie wycieczki, jakich nie oferują lokalne biura podróży zafiksowane na organizowaniu safari.  proponuje wycieczkę kampala by day oraz wycieczkę kampala by night. każde wzgórze, które odwiedzamy, ma swoją osobną historię. na pytanie skąd zna to miasto tak dobrze i tak dobrze pamięta opowieści o zamierzchłych czasach ugandy odpowiada, że zawsze lubił historię. a potem jak zaczął wozić ludzi na wycieczki zauważył, że opowiadanie bogatych historii o przeszłości jego kraju, jest wyróżnikiem jego oferty turystycznej i podoba się turystom, więc zaczął zgłębiać hisotrię jeszcze bardziej - przez internet, przez książki. wcześniej był po prostu kierowcą boda-boda, ale zwęszył interes gdzieś indziej. miałam szczęście, bo tego dnia oprócz mnie na tour po kampali nie było nikogo. 6 osób zrezygnowało w ostatniej chwili, pojadą w niedzielę, z 4 innymi osobami. jeździliśmy więc tam i spowrotem, między wzgórzami, po najprzeróżniejszych dzielnicach - zarówno tych zwanych "beverly hills of kampala" jak i tych uboższych, gdzie odwiedziliśmy wspólną znajomą - rose.

na boda-boda umierałam parę razy. najlepiej w takich gorących sytuacjach sprawdzało się zamykanie oczu, branie głębszego oddechu powietrza przepełnionego wonią spalin pomieszanej z odświeżającym zapachem silnego wiatru lub odwracanie wzroku i skupianie się na tym obok czego przejeżdżamy a nie na tym w co zaraz możemy wjechać - po prostu ufanie, że tym razem nie będziemy mieli wypadku. walter okazał się sprawnym kierowcą i koniec końców ani razu nawet nie musnęlismy innych pojazdów - ani w momencie gdy jechaliśmy 110 km/h po jednej z najlepszych dróg w kampali, ani w momentach wyprzedzania na czwartego, ani w sytuacji przejeżdżania ronda na wprost (jak król - jest bowiem w kampali jedno rondo, które specjalnie na przejazd kabaki jest otwierane, bo "król jedzie zawsze prosto, nie będzie jeździł wokół ronda"), ani w nabardziej typowych styuacjach, gdy wszystkie boda-boda przeciskają się w korku pomiędzy matatu i innymi samochodami i z ulicy robi się bardziej zupa maszynowa niż jedno, czy dwu pasmówka. if you don't break the law, you won't go through - motto, które przyświeca wielu kierowcom w kampali.

wracając do waltera - studiował computer ingeneering, ale nie chce pracować w tym zawodzie, gdyby miał robić jeszcze jakieś studia to raczej wokół turystyki lub marketnigu, daje to większe perspektywy. oprócz swojego biznesu wycieczkowego rozkręca również biznes komórkowy - przedaje, kupuje, wypożycza, oddaje do recyklingu telefony - ale o to jeszcze chciałabym go bardziej podpytać.

w trakcie naszych rozmów o tradycyjnych wierzeniach (wokół tego, czym były trzęsienia ziemi lub powodzie) walter co rusz zerkał na przychodzące do niego e-maile i smsy, odbierał telefony. zabiegany człowiek, który stale planuje kolejne wypady z expatami. w trakcie dotarła do niego m.in. wiadomość, że być może informacja o jego wycieczkach pojawi się w kolejnym wydaniu lonley planet. miks technologii z dziedzictwem kulturowym. jeśli będziesz w ugandzie i chcesz zwiedzić kampalę - polecam - znajdziesz go na facebooku FB fanpage: walter's boda boda tour kampala.



na tour kampala by night nie miałam już siły ;) może w niedzielę...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...