Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

voicing the voices of the voiceless

kasia ma nosa. wypatrzyła w tygodniku east africa informację o sztuce "silent voices" - o sytuacji ofiar konfliktu na północy ugandy pomiędzy siłami rządowymi a rebeliantami z lord resistance army, o drugim dnie polityki reconciliation i rozmowach pokojowych, które toczą się gdzieś poza ludźmi, których ten konflikt dotyczy, o przebaczeniu, które jest wynegocjowane na górze, ustalone, że będzie i tym samym jest oczekiwane, a które jednocześnie nie jest procesem płynącym z serca i gotowości ludzi, którzy tego przebaczenia mogliby udzielić... sobie i innym.

porównując - tak jakby poradzenie sobie z żałobą, miałoby nastąpić przed samą żałobą, bo zostało ustalone, że tak będzie lepiej i bardziej konstruktywnie. tak jakby chcieć naprawić dziurawą drogę zasypując kolejne dziury rękami osób, które mieszkają przy tej drodze - nie rękami tych, którzy korzystają z niej na codzień i powodują koleiny, ani nie tych, którzy nią zarządają z oddali. jest decyzja - piasek masz znaleźć sam.

przedstawienie zostało opracowane na podstawie rozmów z mieszkańcami i mieszkankami pólnocnych terenów ugandy - tymi, którzy doświadczyli gwałtów i przemocy oraz tymi, którzy jako dzieci zostali porwani i wcieleni do LRA.

rzecz dzieje się gdzieś na północy, po zakończonych z sukcecem rozmowach pokojowych, gdy jedni i drudzy na górze się dogadali. w szkole trwają przygotowania do przedstawienia, pokazującego proces wcielania dzieciaków przez inne dzieciaki do armii, proces w którym słowa "i wanna go home" spotykają się z odpowiedzią "ok. send her back home" i wręczeniem maczety bratowi dziewczynki, która już miała dość, by "odprowadził ją do domu".

w tej samej miejscowości w tajemniczych okolicznościach znikają dzieci, parę/parenaście lat wcześniej przyczyna takich zniknięć byłaby oczywista - zostały porwane przez LRA... teraz jednak, gdy już nastał pokój zniknięcie 5 dzieci staje się trudną do wyjaśnienia sprawą z pierwszych stron gazet. podejrzenia padają na starszą kobietę, oskarżoną później o ich zabójstwo. ona jednak milczy. stopniowo odkrywa swoją tajemnicę, swoje motywy i potrzeby. opowiada historię upokorzenia z czasów wojny, która wcześniej nie została wysłuchana i zaopiekowana. teraz chce dokończyć swój rytuał. wykonała pierwszą część, ale druga jeszcze domaga się wypełnienia. dla mnie jest to jednocześnie przesłanie tego przedstawienia - nie ma przebaczenia bez zadośćuczynienia - i tego domagają się teraz ludzie z północy szepcząc swoje opowieści, które nagłaśniane są m.in. za pośrednictwem teatru.
kasia knows what's good. while reading east africa she came across an information on a play called "silent voices" - on situation in the north of uganda and a conflict between government forces and guerillas from lord resistance army, on a new face of politics of reconciliation and peace talks that take place somewhere beyond people who this conflict really concerns, on forgiveness that's been negotiated up there and that is expected and at the same time is not a feeling present in people's souls and does not flow right from they're hearts simply because they're not ready for it and they were not included in the decicion making processs.

the play is based on talks and interviews with citizens of northern uganda - this ones who suffered different violations from government forces and onces who as children where kidnapped and included into LRA movement.

action of the play takes place somewhere in the north, after sucesfully finished peace talks, when one and the other side up there signed the agreement. in a local school preparations to a play take place. the play will picture a process of including new kids into LRA army, a process where words like "i wanna go home" meet an answer like "ok. send her back home" and a machet that's given to a brother of this girl, who'd had enough, so that he could quickly "send her back home". in the same village some mysterious evaporations of little kids take place. some years ago the reason of such events would be obvious - they were kidnapped by LRA - but now, after during peace, disappearing of a group of 5 kids is quite a puzzle and a story from news papers' first pages.
one old woman is suspected and later on accused of killing them. but she keeps silent... and just graually reveals her secret, her motivations and needs. she tells a story of humiliaions she suffered during war time, that have never been properly listened to and addressed with care. right now she wants to finish her ritual. to me it's a real message of this play - there's no forgiveness without addressing needs of real victims of the war - and this is what people from the north are demanding right now, whispering their stories that are voiced and strenthened by a play such as this one.
na godzinę przed przed przedstawieniem przy wejściu do teatru grała grupa młodych ludzi, w trampkach, w strojach ala-panterki. bujająca muzyka :) 

po przedstawieniu był czas na długie "recognizing important people to this play" i wymienianie z imienia i nazwiska kolejnych osób, łącznie z obsługą techniczną i naświetleniem i ministrem czegoś związanego z energetyką, który również był wtedy na sali. klimat celebracji udanego przedstawienia wysuszył łzy, które płynęły w trakcie piosenki końcowej śpiewanej przez wszystkich aktorów i aktorki wspólnie. i to chyba najbardziej niesamowite doświadczenie dla mnie - te szybkie zmiany nastrojów i przechodzenie z przeżywania dramatu w konstruktywne myślenie o nim.

na zakończenie weszła na scenę autorka dramatu. powiedziała m.in. że ludzie często ją pytają, czy nie obawia się o siebie, za tę krytykę rządu, którą uprawia w swojej twórczości. odpowiada im zazwyczaj, że sztuka powstała na podstwie wywiadów z ludźmi i po prostu odzwierciedla rzeczywistość, nie jest krytyką - jeśli rządowi się nie podoba, to co pokazuje,  niech coś w tej sprawie zmieni.
powiedziała również if there's a will - there's a way. amen.
after the show there was a time for recognizing important peope to this play and all actors and technical support where named and bravo'ed + a minister of sth sth that has to do with energy, because he was also present in the audience. this atmosphere of celebration dired up tears that were caused by the final song sung togther by all of actors and actrecess. and this was probably something most amazing about this evening - such contrasting emotions and quick switchings from a drama to a constructive thinking.

at the very end the playwrite entered the stage. she said that people often questioned her if she was not affraid of her life since her works are so critical towards the government. what she always answers is that the play is based on interviews with people and is simply mirroring the reality, not criticizing it. if the government doesn't like it, then the government should change it and do something with this issue. she also said -
if there's a will - there's a way. amen.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Opłotkami Kampinosu: Sochaczew --> Nowy Dwór Mazowiecki

Osobiście zachwyciły mnie: Sochaczew - okolice Zamku, z promenadą i miło usytuowaną kawiarnią nad Bzurą Bzura i ścieżka wijąca się prawym brzegiem rzeki …i w zasadzie cała trasa od Sochczewa do Śladowa - rozmaite nawierzchnie - od asfaltu, po fajne miękkie leśne podłoże, ścieżkę prowadzącą wałem i porządne szuterki Asfalt wijący się wzdłuż kampinoskiego szlaku rowerowego (który daje ulgę od „mazowieckich piasków") ...i Rezerwat Rybitew! Najbardziej klimatyczne i dzikie, pozostawione sobie, miejsce na trasie. …plus maki i chabry! Jak się przygotować (z dedykacją dla Zioła :D): 1 - Uważność na to, by wyłapać dobry moment na wypad rowerowy. śledzenie pogody i sprawdzanie, jak to się ma do obłożenia pracą. Jeśli można wziąć dzień wolnego i słońce ma świecić - to jedziemy! 2 - Pomysł na trasę. Po czym poznać, że dobry? Gdy skanując np. mapę wzrokiem, coś w środku kliknie i poczujesz nagły wzrost zainteresowania i motywacji :) Korzystanie z kolei, by przetransportować się z miejsca A do...

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...