Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

jezioro, które daje pracę


koniec końców dzień ułożył się jednak inaczej ;) taksówkarz boda-boda wysadził mnie na ggaba beach, w samym środku marketu, gdzie z jednej strony handluje się ubraniami, z drugiej rybami a z trzeciej drewnem sposkładanym w harmonijne pakiety. przeszłam tłum szukając jednak spokojniejszego miejsca - znalazłam je na samym końcu portu, na czymś w rodzaju betonowego wjazdu w jezioro ;) przybjały tam łódki, wałęsało się parę osób, ktoś pracował nad brzegiem, tata z dwójką dzieci czekał na swoją madame, która robiła zakupy na targu. rozmowy same się rozpoczynały, czasami kluczem jest pytanie "czy myśli pan, że mogę zrobić tu zdjęcie?", czasami kluczem jest spojrzenie i uśmiech...

najbardziej utkwiła mi w pamięci rozmowa z richardem. ropoczął standardowo "skąd jesteś", ale już odpowiedź na moje "z polski" mnie zaskoczyła "aaa! tam ostatnio madonna miała problem ze swoim koncertem, prawda"? okazało się, że drobnych faktów z naszego życia kulturalno-polityczno-sportowego znał dużo więcej, dziwił się, że będąc tak blisko nie poszłam na mecz polskiej reprezentacji w trakcie euro, by zobaczyć lewandowskiego w akcji, dopytywał się jak to dokładnie było z katastrofą lotniczą w której zginęło 98 osób w tym prezydent z żoną. na pytanie skąd to wszystko wie, mówi, że po prostu czuje taką potrzebę, by wiedzieć co się dzieje na świecie, co się dzieje w polsce, w niemczech, w ugandzie, tanzanii, kongu, australii... czyta gazety, szpera w internecie. na życie zarabia rozkręcając biznes wokół wypożyczania łódek.

podzieliłam się z nim moim pomysłem na projekt, spróbuję z richardem za parę dni znów się spotkać, by zgłębić te wątki, które rozpoczęliśmy - o konym (komentując film kony2012, powiedział, że to lekka przesada, cała ta akcja, choć czyny koniego rzeczywiście były dramatyczne), o wpływie grupy etnicznej z której się wywodzisz na pracę jaką jesteś w stanie sobie załatwić, o języku luganda, którym nie mówi się w parlamencie, chociaż wg niego powinno.

jego ulubionym miejscem w ugandzie jest jezioro bunyonyi, na południowych zachodzie - planowałam (no... może to zbyt huczne słowo, ale na pewno myślałam, by) tam i tak się pojawić. teraz moja motywacja wzrosła.
to jeszcze jezioro wiktorii widziane z punktu widzenia entebbe.
to temat do zgłębienia - czy to jezioro jest zdatne do życia czy nie?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...

Day 5 - Sromowce Wyżne - Nowy Targ "To samo z przesunięciem"

Nim ruszymy, jemy kolejne proste i pyszne śniadanko w wersji vegan - tym razem pyszna owsianka z musem jabłkowym i brzoskwinią, gar herbaty z cytryną i kanapeczki :) Czeka nas jazda przepięknym przełomem Dunajca we mgle i być może w deszczu - więc takie ciepłe i sycące śniadanie na wagę złota! Niby wczoraj przebyliśmy tę samą trasę - tylko w łódce. Ale wrażenie, jakbyśmy byli w całkowicie nowej okolicy. A wszystko przez pogodę - wczoraj słońce, dziś szaro, niskie chmury, lekka mżawka. W efekcie, cieszę się, że teraz jest chłodniej i mokro - bo w ten sposób możemy się na nowo zachwycać tym miejscem. Tym razem w Szczawnicy tylko przystanek na szybką kawę i jedziemy dalej. Jeszcze przez parę kilometrów Velo Dunajec jest fajnie poprowadzona osobnym asfaltem, wijącym się nad rzeką - ale już tutaj zaczynają się fragmenty wzdłuż szosy z autami - zapowiedź tego, co czeka nas przez następne dni. Im dalej od (być może, jeszcze się przekonamy) głównych atrakcji szlaku, tym mniej idealnych tras za...