Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
nie, wczoraj nie zdążyliśmy przed zmrokiem i nie miałam też siły na to, by kwinąć palcem, po tym jak już dotarliśmy szczęśliwie (ku mojemu największemu zaskoczeniu) do hostelu. przywitała nas leyla i od razu zagrzała gorącą herbatę z imbirem, było bowiem wielce prawdopodobne, że się rozchoruję po tym wszystkim ;) dziś już mogę powiedzieć, że się raczej nie rozchorowałam - a więc imbir działa.
miałam ochotę pojechać na rowerową wycieczkę po lesie tropikalnym i odwiedzić griffin falls. w świecie idealnym chciałam pojechać dzisiaj, ale tutejszy przewodnik już miał w planie bird watching z inną osobą, więc dla mnie jedyną opcją było jechanie z marszu. wyruszyliśmy około 16, na wycieczkę, która wg leyli miała trwać 6 godzin a wg steva 3-4. (miej z tyłu głowy, że egipskie ciemności zapadają tutaj ok. 7.30).
niestety rower, który przypadł mi w udziale nie powalał sprawnością... czasami powalał mnie niesprawnością, ale po pewnym czasie "przyzwyczaiłam się" i do tych hamulców, i do tego siodełka i do mechanicznego przerzucania przerzutek, z którego po prostu przestałam korzystać (chcesz zmienić bieg? zatrzymujesz się, przekładasz łańcuch z większej zębatki na mniejszą, jedziesz dalej).
na takim osprzęcie wyruszyliśmy na najbardziej hardcorową podróż po lesie w moim życiu i nie przypuszczam, że będę mieć ochotę na jeszcze większe przygody w tym zakresie, wiec las mbira pozostanie w mojej pamięci tym najbardziej nieprzeniknionym.
jadąc przez busz autentycznie miałam wrażenie, że jest jednym żywym organizmem, któremu na dodatek nie za bardzo podoba się, że ktoś po nim jeździ. pędy chwytają cię z nienacka z boku lub wkręcają się między szprychy, schylasz się, by uwolnić koło a przed twoim czołem wyrasta gałąź, w którą uderzasz, jedziesz dalej przed siebie i widzisz korzeń, który chcesz ominąć i w tej samej chwili krzaczory z boku już magnetycznie przyciągają ciebie i twój rower w swoją stronę i w zwolnionym tempie upadasz stopniowo w coraz większą gęstwinę. starasz się nie myśleć o całej plejadzie insektów, węży i innych zwierzątek, które kryją się w niej, otrzepujesz ramiona, lęk przed malarią odganiasz muggą i po raz kolejny wchodzisz na rower. śliskie korzenie co 5 metrów wyzierają spod ziemi, nie ważne, czy w poprzek ścieżki, czy to na ukos - i tak sprawią, że albo zaliczysz glebę albo zatrzymasz się, podprowadzisz rower i pojedziesz dalej. płynność jazy - minus 5, widoki dookoła - plus pięć. tak. czułam się jak komar, który lata nad powierzchnią czyjejść skóry i co chwila jest przeganiany zdecydowanym machnięciem ręki. na naszej drodze spotkaliśmy dziesiątki powalonych drzew, szlak zarośnięty krzakami, rzekę bez mostu, którą przekroczyliśmy wpław - wszystkie te znaki jakby mówiły - nie jedźcie dalej, zaracajcie, zawracajcie... uwa (ugandan wildlife authority, czyli coś w stylu instytucji zarządzającej lasami, na tym odcinku się nie popisała - zazwyczaj bowiem regularnie oczyszczają szlaki, by były przejezdne - ten pominęli)
steve co jakiś czas odwracał się i pytał - are you ok? a ja na to - yes, i am ok, let's go. (to, co pojawiało się w mojej głowie w odpowiedzi na to pytanie, niech pozostanie moją słodką tajemnicą ;)), on podsumowywał - ok, let's go, you want to see the griffin falls, so we need to go to be there at 7. ja go z kolei pytałam - are there many animals living here in this forest? a on na to - yes... no... some... i bardzo zależało mu na tym, by nie zostać w tym lesie nim zmrok zapadnie.
uczucie, gdy pot spływa po twojej skroni, ale nie możesz przetrzeć twarzy, bo puszczenie kierownicy w tym momencie równa się upadkowi, więc jedziesz dalej.
uczucie, gdy mocno bije ci serce i czujesz zmęczenie ale wiesz, że dłuższy postój sprawi, że zmork zastanie cię w tym lesie, więc jedziesz dalej.
uczucie, gdy brakuje ci sił i mikropostoje zdarzają się tobie coraz częściej, mimo tego że wodospad jest coraz bliżej i słyszysz słowa steva "you know, those who reach griffin falls, they are strong people, come on, you can be one of them..." więc bierzesz głębszy oddech i jedziesz dalej.
i wreszcie uczucie, gdy stoisz na kładce przerzuconej nad rwącą rzeką, patrząc prosto w twarz kaskadzie wodospadów i czujesz jednocześnie radość, spełnienie... i zapadające ciemności, więc opuszczasz to miejsce po chwili odpoczynku i jedziesz dalej :)
tzn. próbujesz jechać dalej, ale już się nie da jechać, bo nic nie widać. widać tylko gwiaździste niebo nad nami, z niezrozumiałym układem gwiazdozbiorów... więc... dzwonisz po boda-boda :D
i wierz mi lub nie, przyjeżdża boda-boda, gdzieś po ciemku udaje mu się odnaleźć nas na wiejskiej tarmakowej dróżce, kati (kierowca) i steve przywiązują jeden rower na tył motorka, drugi rower steve cały czas będzie trzymał w rękach, w trójkę siadamy na jednym siedzeniu i jedziemy paręnaście kilometrów z powrotem do najjembe. mokra wcześniej koszulka - od potu - i mokre buty - od rzeki - stają się zimne zimne a wiatr wiejący w twarz, w ramiona, w plecy przejmujący przejmujący. steve co jakiś czas mówi do katiego slow slow. tutaj nie mówi się bardzo szybko albo bardzo wolno, tutaj mówi się szybko szybko lub wolno wolno :)
w drodze powrotnej trochę nie mogę uwierzyć w dziwny hybrydowy twór, który tworzymy i którym przemierzamy kolejne kilometry. steve jednak mówi, że to się zdarza. mówi też, że od początku wiedział, że tak się to skończy, ale nie mówił tego. wiedział, że chciałam zobaczyć wodospad i chciał to życzenie spełnić. bez względu na okoliczności. a raczej biorąc pod uwagę okoliczności, które nas spotykają, podążać taką drogą, która pozwoli nam jednocześnie dotrzeć do celu. nazywam to halsowaniem i od razu przypomina mi się latawiec i to, że może latać tylko dzięki temu, że wiatr wieje mu w twarz. i przypominają mi się słowa jednej osoby, o której tutaj już pisałam - "if there's a will, there's a way". o tak!
miałam ochotę pojechać na rowerową wycieczkę po lesie tropikalnym i odwiedzić griffin falls. w świecie idealnym chciałam pojechać dzisiaj, ale tutejszy przewodnik już miał w planie bird watching z inną osobą, więc dla mnie jedyną opcją było jechanie z marszu. wyruszyliśmy około 16, na wycieczkę, która wg leyli miała trwać 6 godzin a wg steva 3-4. (miej z tyłu głowy, że egipskie ciemności zapadają tutaj ok. 7.30).
niestety rower, który przypadł mi w udziale nie powalał sprawnością... czasami powalał mnie niesprawnością, ale po pewnym czasie "przyzwyczaiłam się" i do tych hamulców, i do tego siodełka i do mechanicznego przerzucania przerzutek, z którego po prostu przestałam korzystać (chcesz zmienić bieg? zatrzymujesz się, przekładasz łańcuch z większej zębatki na mniejszą, jedziesz dalej).
na takim osprzęcie wyruszyliśmy na najbardziej hardcorową podróż po lesie w moim życiu i nie przypuszczam, że będę mieć ochotę na jeszcze większe przygody w tym zakresie, wiec las mbira pozostanie w mojej pamięci tym najbardziej nieprzeniknionym.
| niech twoje oczy nie ulegają złudzeniu, to nie są krzaki WZDŁUŻ ścieżki, to gęstwina NA ścieżce przez którą się przedzieraliśmy szlak kontynuuje się 10 metrów dalej... |
steve co jakiś czas odwracał się i pytał - are you ok? a ja na to - yes, i am ok, let's go. (to, co pojawiało się w mojej głowie w odpowiedzi na to pytanie, niech pozostanie moją słodką tajemnicą ;)), on podsumowywał - ok, let's go, you want to see the griffin falls, so we need to go to be there at 7. ja go z kolei pytałam - are there many animals living here in this forest? a on na to - yes... no... some... i bardzo zależało mu na tym, by nie zostać w tym lesie nim zmrok zapadnie.
uczucie, gdy pot spływa po twojej skroni, ale nie możesz przetrzeć twarzy, bo puszczenie kierownicy w tym momencie równa się upadkowi, więc jedziesz dalej.
uczucie, gdy mocno bije ci serce i czujesz zmęczenie ale wiesz, że dłuższy postój sprawi, że zmork zastanie cię w tym lesie, więc jedziesz dalej.
uczucie, gdy brakuje ci sił i mikropostoje zdarzają się tobie coraz częściej, mimo tego że wodospad jest coraz bliżej i słyszysz słowa steva "you know, those who reach griffin falls, they are strong people, come on, you can be one of them..." więc bierzesz głębszy oddech i jedziesz dalej.
i wreszcie uczucie, gdy stoisz na kładce przerzuconej nad rwącą rzeką, patrząc prosto w twarz kaskadzie wodospadów i czujesz jednocześnie radość, spełnienie... i zapadające ciemności, więc opuszczasz to miejsce po chwili odpoczynku i jedziesz dalej :)
tzn. próbujesz jechać dalej, ale już się nie da jechać, bo nic nie widać. widać tylko gwiaździste niebo nad nami, z niezrozumiałym układem gwiazdozbiorów... więc... dzwonisz po boda-boda :D
i wierz mi lub nie, przyjeżdża boda-boda, gdzieś po ciemku udaje mu się odnaleźć nas na wiejskiej tarmakowej dróżce, kati (kierowca) i steve przywiązują jeden rower na tył motorka, drugi rower steve cały czas będzie trzymał w rękach, w trójkę siadamy na jednym siedzeniu i jedziemy paręnaście kilometrów z powrotem do najjembe. mokra wcześniej koszulka - od potu - i mokre buty - od rzeki - stają się zimne zimne a wiatr wiejący w twarz, w ramiona, w plecy przejmujący przejmujący. steve co jakiś czas mówi do katiego slow slow. tutaj nie mówi się bardzo szybko albo bardzo wolno, tutaj mówi się szybko szybko lub wolno wolno :)
w drodze powrotnej trochę nie mogę uwierzyć w dziwny hybrydowy twór, który tworzymy i którym przemierzamy kolejne kilometry. steve jednak mówi, że to się zdarza. mówi też, że od początku wiedział, że tak się to skończy, ale nie mówił tego. wiedział, że chciałam zobaczyć wodospad i chciał to życzenie spełnić. bez względu na okoliczności. a raczej biorąc pod uwagę okoliczności, które nas spotykają, podążać taką drogą, która pozwoli nam jednocześnie dotrzeć do celu. nazywam to halsowaniem i od razu przypomina mi się latawiec i to, że może latać tylko dzięki temu, że wiatr wieje mu w twarz. i przypominają mi się słowa jednej osoby, o której tutaj już pisałam - "if there's a will, there's a way". o tak!
Komentarze
Prześlij komentarz