Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

there's no development without movement

aaa :) jestem świeżo po rozmowie z cudowną rose i patrikiem. fabio znaczy tyle co first african bicycle information organization :) i rzeczywiście - w ugandzie byli pierwsi - zainicjowali panafrykańskie spotkanie wszystkich tego typu organizacji na początku lat '00 i do teraz kontynuują swoją pracę w jinja i w okolicach. na rozmowę umówiłam się właściwie tylko z rose, bo zaciekawiło mnie, że wypożyczalnię (co okazało się tylko wierzchołkiem góry lodowej) rowerów prowadzi kobieta. etykieta, o której dyskretnie poinformowała mnie rose na samym początku naszego spotkania, nakazywała jednak, bym rozpoczęła od pogawędki z głównym menadżerem, co też z chęcią uczyniłam, a dopiero potem wróciła do niej z bardziej szczegółowymi pytaniami. patric dał mi super wprowadzenie - bardziej z poziomu ptaka, rose uzupełniła opowieść o rowerach w ugandzie - bardziej z poziomu kwiata.



a więc z rowerami w afryce jest inaczej niż z rowerami w europie, gdzie rowery to jest styl życia. tutaj rower to jest życie. życie na godnym poziomie, z ułatwionym dostępem do wody, żywności, edukacji, opieki medycznej i pracy. w sytuacji, gdy niewielu mieszkańców ugandy stać na samochód, gdy ludzi - w szczególności z terenów wiejskich - nie stać na stałe wynajmowanie boda-boda lub transportu publicznego, niezależność przemieszczania się jaką gwarantuje rower jest bezcenna. rose mówi, że w zasadzie każdego tutaj byłoby stać na rower - szkopuł tkwi w tym, jak ten środek transportu jest postrzegany, a raczej jak bardzo są niedoceniany wszystkie możliwe sposoby jego wykorzystania. dlatego to, co robią w społecznościach, to przedewszystkim spotkania i wspólne zastanawianie się, do czego mogłabym / mógłbym wykorzystać rower. później następuje przekazywanie rowerów. później organizacja kolejnych spotkań i warsztatów o tym, jak dbać o rower i jak go naprawiać. zachęcają również do tego, by odkładać każdą sumę, którą ludzie zaoszczędzą korzystając z roweru. dzięki temu kupowane są... kolejne rowery w rodzinach, gdzie ten system się sprawdził - lub po prostu jest kaska na czarną godzinę.

rose wspomniała o jeszcze jednym paradoksie, z którym często się spotykają - jeżeli rower w rodzinie należy do mężczyzny, to tylko on z niego korzysta... co równa się temu, że nawet jak z niego nie korzysta, to kobiety lub dzieci chodzą po wodę na piechotę. i to również próbują zmieniać - otwierać umysły ludziom na różnorodne opcje współdzielenia zasobów, którymi dysponuje rodzina czy społeczność.

tak samo jak rower nie funkcjonuje w świadomości ludzi jako - let's say - uniwersalny środek ułatwiający dostęp do lepszego życia, tak samo nie funkcjonuje on w prawodawstwie ugandy jako środek transportu. nie ma słowa o ścieżkach rowerowych, o parkingach rowerowyh, o bezpieczeństwie rowerzystów na drodze. dzięki lobbowaniu za wprowadzeniem zmian w polityce transportowej fabio wraz z innymi organizacjami próbują - z sukcesem, który czai się tuż za rogiem - to zmienić. patric mówi o tym przedsięwzięciu, jako o czymś z czego jest szczegónie zadowolony. To pozwoli wprowadzić znaczącą zmianę, która będzie mieć szerokie oddziaływanie - a o pozostawienie po sobie pozywnego śladu i wspieraniu zrównoważonych rozwiązań zależy mu najbardziej. z uśmiechem na twarzy mówi również o projekcie rowerowych ambulansów, które stanowią super alternatywę dla obecnie dostępnych rozwiązań - czyli chodzenia do lekarza na pieszo lub wynajmowania boda-boda.

podpytując rose o to, jak widzi się w przyszłości, powiedzmy za 20 lat, mówi, że będzie dążyć do tego, by otworzyć swój własny biznes, gdzie będzie mogła korzystać z tego, czego uczy się tutaj w fabio. chce mieć sklep rowerowy z warsztatem. chce sprzedawać rowery w różnych rodzajach - nie tylko męskie z poziomą ramą, ale i damki, ale i rowery dziecięce i takie rowery, które mają koszyk i z przodu i z tyłu. chce, by kobiety masowo jeździły na rowerach - obecnie nie jest to popularne, a czasami nawet nie jest to dobrze widziane. rose chce móc jedźić po ulicach ugandy ze swoim dzieciakiem - choć teraz to jeszcze nie jest możliwe, wierzy, że za parę lat to się zmieni. mówi to z taką mocą, że ja również w to wierzę!

powiedziała również - there's no development without movement. so let's move!!! :D

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...