Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.
Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.
Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.
Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości. Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.
Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną.
Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce, w którym wolałabym spędzić więcej czasu - ale mknęliśmy na pociąg.
Podsumowując:
- Green Velo połknęliśmy na cztery wyjazdy. 1 - okolice Białegostoku, 2 - majówka 2019 z Suwałk do Ełku, 3 - lato 2020 z Czeremchy do Sando i teraz 4 - z Sando do (prawie) Końskich.
- szlak tak różnorodny jak smaki Merci, dla każdego coś smacznego i każdy znajdzie tam też coś czego lubić nie będzie.
- pod kątem nawierzchni, te ostatnie set parę kilometrów lepsze niż pozostała część szlaku (która i tak jest całkiem całkiem).
- pod kątem widoków, powiedziałabym, że całe GV usiane jest pięknymi miejscami. Tu w świętokrzyskim też było pięknie. Inaczej niż Warmii, inaczej niż w Podkarpackiem, inaczej niż na Ścianie Wschodniej - ale i tak pięknie.
- przez co tym bardziej dziwi, że w trakcie tego wyjazdu spotkaliśmy może dwie inne pary, które podobnie do nas podróżowały z sakwami. Pustki! ...i duże zaskoczenie, bo na każdym wcześniejszym wyjeździe z Green Velo, rowerzystów było jak mrówków.
- zdecydowanie polecam :)

Komentarze
Prześlij komentarz