Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
od dwóch dni hoima, od trzech tygodni w drodze. półmetek. czasami mam ochotę przystanąć, przetrawić, odpocząć, czasami mam ochotę wrócić i zjeść mozzarelkę z suszonymi pomidorami i czosnkową bułką i kiełkami słonecznika, albo pomidora bez skórki i ziarnisty serek piątnicy z posiekaną rzodkiewką. czasami mam ochotę zwolnić bieg strumienia, którym płynę, wpłynąć do zatoczki, pobumelować - w takich momentach przyjeżdżam do takich miejsc jak to i zostaję co najmniej dwie noce w jednym miejscu.
tym razem kompletnie się to nie sprawdziło - hoima to kolejne tętniące życiem miasto/miasteczko/społeczność i nie ma tu wytchnienia - ludzie fascynują, zadziwiają swomi pomysłami i wzbudzają szacunek. dlatego jutro wyjeżdżam do kampali - liczę na to, że to miasto, które jest za duże na to, by wszyscy mieli czas na wszystko i ochotę na rozmawianie z kimkolwiek, sprawi, że nic istotnego nie wydarzy się przynajmniej jednego z tych trzech dni, które chcę tam spędzić. póki co hoima. miasto średnej wielkości, miasto centrum królestwa bunyoro, miasto w którym nie mówi się już w luganda - a w każdym razie nie jest to pierwszy język ludzi stąd, miasto w którym jednak wciąż obowiązuje zawołanie hallo muzungu, how are you muzungu, bye muzungu.
to miasto, w którym znów pełną piersią poczułam, że płynę z prądem i wszystko gra. zaczęłam to czuć już w buliisie, ale tutaj uczucie to rozwinęło swoje skrzydła. czynników jest parę - super wygodne, czyste i przestrzenne miejsce, w którym się zatrzymałam, kolejne niesamowite przypadki, które prowadzą do długich i pięknych rozmów, ciepły prysznic, szybki internet, bycie w zasięgu i doładowanie konta na ugandyjskiej karcie telefonicznej. tak. teraz wychodzi, z jakiej gliny jestem ulepiona :)
Komentarze
Prześlij komentarz