Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

kto komu może tu pomóc?

nie wiem jak to się dzieje, ale w trakcie tej podróży nie opuszcza mnie wrażenie, że cały czas spotykam odpowiednich ludzi. i te postaci wyrastają jak grzyby po deszczu i na pewno wiele pięknych osób mijam niepostrzeżenie, ale te z którymi rozpoczynam rozmowy za każdym razem okazują się strzałem w dziesiątkę. pięknym borowikiem.
honestly, i really don't know how it all works, but during this journey i cannot resist a feeling, that all the time i come across the right people. and they come just out of blue, just like that, and i am sure that i pass without a notice dozens of beautiful people too, but those whom i've already talked to are always superb.


oliviera spotkałam w kafejce internetowej. powolnej. akurat mówiłam pani, która tam pracuje, że szukam tutaj w hoimie cafe z wifi, że w kampali i jinjy były takie miejsca, na co wszyscy dookoła wybuchnęli śmiechem - hoima is not kampala - powiedział olivier i poradził mi, gdzie mogę dostać szybszy internet. i zupełnie nie pamiętam jak to się stało, że w jednym z pierwszych zdań, które o sobie powiedział zawarł: i pracuję z kobietami i dziećmi tutaj w obozie dla uchodźców z dr congo - sam jestem uchodźcą, przybyłem do kyangwali w 1997 i do tej pory zostałem w ugandzie. 

następnego dnia spotkaliśmy się, by porozmawiać o tym, co robią w ramach tej comunity-based organization nazwanej cheyeye. ku mojemu zaskoczeniu nie spotkałam się tylko z olivierem aka benson - zaprosił także swoich braci (też uchodźców, przyjaciół od serca, którzy trzymają się razem i nawzajem wspierają). co więcej - zorganizował spotkanie z młodzieżowymi liderami cheyeye - ale o tym za chwilę.
póki co jesteśmy w domu jego brata. sceneria rozmowy to turkusowe ściany i ruda kanapa na której siedzimy, dookoła duże natężenie sprzętów elektronicznych, netbooki, stosik płyt cd/dvd, telewizor, piloty, mobilny internet i komórki, komórki, które odzywały się w najdziwniejszych momentach swoim mniej lub bardziej przenikliwym głosem. 

początek rozmowy... początek rozmowy zawsze jest taki trochę od czapy, takim ciałem obcym wobec luźnych zdań, które padają przed jej rozpoczęciem. ale potem to uczucie dziwności się rozmywa a rozmowa dopasowuje się do okoliczności, w których się odbywa. olivier wprowadza mnie w szczegóły projektowe - w ramach działalności, którą prowadzą zaangażowanych jest około 2000 kobiet. główną osią ich zainteresowania jest edukacja dot. tego, co mogą zrobić, by rodzić w godnych warunkach - jak dbać o siebie, gdzie i kiedy udać się do lekarza, jakie badania trzeba wykonać, skąd wziąć pieluszki, jak dostać się do szpitala, gdy poród już blisko... oprócz tego wspierają się tworząc oddolnie system mikropożyczek i rozwijając tutejszą przedsiębiorczość. po to, by móc uzyskać pewną niezależność od pomocy z zewnątrz, która przychodzi lub nie przychodzi.

uderza mnie, że to o czym mówi olivier to podstawowe rzeczy, które w moim rozumieniu powinny być zapewnione osobom zamieszkującym obóz przez instytucje nim zarządzające - pytam się - jak to jest, że o takie rzeczy dba grassrootowa organizacja a nie ktoś inny. w tym momencie do rozmowy włącza się emma (od emmanuel) i mówi, że to cenna uwaga i że lubi takie rozmowy, bo czuje, że to nie jest strata czasu, że mówimy o ważnych rzeczach i rozpoczyna piękny paro(parunasto?)-minutowy wywód o pomocy. o międzynarodowych organizacjach pozarządowych, które działają w obozie, ale mijają się z potrzebami ludzi, o braku zaufania matek z dziećmi w stosunku do lekarzy, którzy są z zagranicy, lub po prostu z innego regionu ugandy i nie mówią w ich języku, o "different agendas" oraz "hidden agendas", o realizowaniu własnych celów, z którymi ci ludzie przyjeżdżają do obozu, a nie prawdziwym rozpoznaniu potrzeb i odpowiadaniu na nie. o odtrącaniu pomysłów, które przychodzą z dołu i niedocenianiu potencjału wymyślania rozwiązań przez ludzi, których dany problem dotyczy.

i met olivier in an internet cafe. a slow one. i was just explaining to one lady who worked there that i was looking for a wi-fi cafe in hoima and that there were such places in kampala and in jinja - but that made just everyone around laugh - hoima is not kampala - said olivier and advised me, where else i could get here some pretty fast connection. and i really don't remember how it all happened that he mentioned - in one of first sentences about himself - that he worked with women and children here in the nearby refugee camp for people from DRK - and that he himself was a refugee and came to kyangwali in 1997 and since then had stayed in uganda.

we met next day to talk about what he and his friends to in their comunity-based organization named cheyeye. to my surprise i didn't met just with olivier aka benson. he invited also his brothers (refugees too, soulmates who keep together and support eachother). what's more - he organized a meeting with youth leaders of cheyeye - but let's leave that for a second.
so, we are in his brother's place. scenery of this meetings is turquise walls and red couch where we sit. all around us high density of electronical equipment of all kinds - netbooks, cds/dvds, tv set, remote controls, mobile internet and mobile phones. yes, mobile phones that would ring in the weirdest moments with their more or less disturbing voice ;)

in the beginig... in the begining it's always a bit akward, and it always feels a bit odd to start a conversation after some relaxed sentences that are utterd here and there just before. but after a while we get rid of that feeling of artificiality and our conversation takes off. olivier introduces me to their project's details. there is around 2000 women involved in actions taken up by cheyeye. and their main interest is to educate them about what they could do to deliver in decent hygienic conditions - how to take care of yourself and your baby, where and when to go to see the doctor, how to get to the hospital... apart from that they support a system of microloans and try to build on people's enterpeneurship talents here. and all that is just to get this kind of independence from the aid from outside that comes or does not come...

it strikes me that the things that olivier is talking about are the things that - to my understanding - should be simply provided to those living in the camp by the institutions that run it - and so i ask how it can be that a small grassroot organization takes care of such basic things and not any other. in this very moment emma jumps into our conversation and says that it is important what i say and that he likes such conversations, becacuse he feels it's not a waste of time and this is how he started his beautifull and long speech about an aid system. about international ngos that are present in the camp, but their work that doesn't matches with the needs of people from here, about the lack of trust in mothers with children who fear visiting a doctor, who comes from abroad or just from a different part of uganda and who dose not speak their native language, about "different agendas" and "hidden agendas", about achiving goals that this people from foreign ngos bring to the camp from the outside and about the lack of real diagnosis of needs and a true attempt to answer them. about rejecting ideas that come from the bottom and about underappreciated potential to come up with solutions that the people whom this particular problem concers the most simply have.

i też nie jest tak, że te organizacje nic tam nie robią - robią, robią dużo, czasami nawet jest tak, że "treść" tego, co chcą przekazać np. w projektach związanych z gender based violance, jest ok i to jest potrzebne, ale osoby, które przyjeżdżją robić te projekty nie rozumieją o czym mówią, są gdzieś indziej, jak zwołują spotkania to nikt nie przychodzi, a jak oliver zaprasza ludzi na swoje spotkania to zawsze jest dużo osób, więc tutaj brakuje takiego wyczucia na to, co jest na miejscu a nie na to, z czym się przyjeżdża... to co robią te organizacje jest potrzbne, ale to jest niewystarczające i nie trafia w punkt. 

i jeszcze mówi o tym, że może być też tak, że on po prostu - będąc jednym z mieszkańców obozu - ma wyższe oczekiwania odnośnie tego, co powinno się w nim dziać, niż osoby z zewnątrz, które nie są bezpośrednio, emocjonalnie zaangażowane w los ludzi, dla których obóz od wielu lat stał się domem. to wszystko sprawia, że zakasują rękawy i sami starają się brać sprawy we własne ręce. spotykają się z zarzutem, że podwajają pracę innych organizacji. jednak tego czego potrzebują nikt inny im nie zapewni - dlatego działają. 

i po raz kolejny jestem pod wrażeniem energii z jaką spotykam się, gdy ludzie tutaj opowiadają o swoim życiu i swojej motywacji do zmieniania świata, w którym żyją. i chylę głowę dla podejścia, jakie sobą reprezentują. z jednej strony dostrzegają trudne warunki, w których przychodzi im żyć w obozie, wyliczają problemy, z którymi na codzień się spotykają, ale też potrafią się śmiać z tego. emma pyta, czy byłam już w ich obozie. mówię, że nie. mówi, że wielka szkoda, bo dopiero zrozumiałabym o czym mówią, o oldschoolowych toaletach, o ludziach, którzy chodzą boso, o tym, że czasami sami pracują o pustym żołądku. jednocześnie - mówi - pomimo tych warunków dzieciaki w obozie są radosne, o sobie też mówi, że jeśli chodzi o aspekt psychologiczny i radzenie sobie emocjonalne z sytuacją, w jakiej się znajduje, to jest po prostu ok. zerka w tym momencie na oliviera jakby chcąc się upewnić, czy nie przekoloryzywuje zbytnio, ale też ma na sobie taki wyraz twarzy, który mówi "może to trochę dziwne, ale tak czuję, po prostu, dajemy radę".

i cały czas mam w głowie to pytanie - kto komu tutaj może pomóc. bo czasami ludzie tutaj proszą mnie o pomoc, mówią - weź mnie do polski, spójrz dookoła, tutaj jest bieda, ja nie pracuję tutaj dla siebie, tylko dla innych, nic nie mam, weź mnie ze sobą. innymi razy ktoś mówi, że to ludzie stąd najlepiej są w stanie sami sobie pomóc, innymi razy - tak jak w tym przypadku, surowo oceniane są inicjatywy pomocowe, które kierowane są do ludzi stąd. 

rozterka. odpowiedź, którą wyniosłam z tej rozmowy, jest taka, że ludzie tutaj potrzebują wsparcia, nie potrzebują robienia rzeczy za nich i wymyślania rozwiązań za nich. odpowiedzi są tu na miejscu, trzeba tylko dać im szansę, by wybrzmiały. ludzie tutaj potrzebują docenienia, potrzebują wspólnego myślenia lub po prostu wysłuchania, potrzebują kredytu zaufania i wsparcia finansowego dla realizacji swoich pomysłów. ocieram się o truizmy. czasami jednak pod latarnią najciemniej.
and it's not like this that this organizations do not do anything - oh, yes, they do, and they do a lot, sometimes even the content of what they try to promote in their projects on gender based violence is ok and is needed, but those people who come to run this projects simply don't know what they're talking about. they are mentaly somewhere else, they stem from a different place, and when they try to held a meeting little people turn up, and when olivier invites people to his meetings then it's usually loads of people. so here what's missing is this sence of feeling what is needed in this very place and not what i come with. what this organizations do here is needed, but it's not enough or it doesn't heal the root.

he adds that it might be so that he simply - as one of the refugees living in the camp - has higher expectations about what should be happening here, than this people from the outside, who are not directly and emotionaly engaged in fate of people for whom the camp become the home. all that makes him - and his fellows - get down to work and try to change the situation themselves. they sometimes meet with an accuse that they double the work of different organizations. but what they trully need will not be provided by the outsiders - that's why they take action.  

and again i am under a massive impression of energy that i see in people who talk here about their life and their motivation to change the world they live in. and i do respect their approach - cos on the one hand they see the difficult situations they face when they live in the camp and can easily item the problems of their everyday life there. but they can laugh about that too. emma asks if i already been to the kyangwali camp. i say no. he says - it's a pity, only then i would truly understand what they're all talking about, about some oldschool toiletes that one could actually drown in, about people who walk barefoot about the fact that they themselves sometimes work with empty stomachs... and at the same time - he says - despite this poor conditons kids in the camp are happy. and he says about himself that psychologically he copes well this situation, that he is just ok. and at the same time he take a glance at olivier as if he wanted to make sure that he does not overexaggerate it, but in this very moment he wears this face that says "well, maybe that's a bit strange, but i do feel it is really like that, we just coping with that."
and all the time i have this one question rumbling in my head - who can help who. cos sometimes people here ask me for help - they say - oh, please, take me to poland with you, look around, there's just povrty here, i don't work for myself, i just work for others, i have nothing, take me with you. the other time someone else says that it's the people of uganda who can only help themselves - not anyone other. and some times - as it was with this case - the aid system that is coordinated by people from the outside is jugeded very low.

dilemma. the lesson i drew from this talk is that people here do need support. but they don't need other people to do the things or come up with the solutions. all of the answers are already here and the force is here too, what is needed it to give it a try - listen to them and let them be heard. people here need appreaciation, they need to talk about their ideas and need attention to what they say. they need to be trusted and need some financial support for turning their own ideas into reality. well, it's  such a turizm what i write here. sometimes the most obvious things are the most difficult ones.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Opłotkami Kampinosu: Sochaczew --> Nowy Dwór Mazowiecki

Osobiście zachwyciły mnie: Sochaczew - okolice Zamku, z promenadą i miło usytuowaną kawiarnią nad Bzurą Bzura i ścieżka wijąca się prawym brzegiem rzeki …i w zasadzie cała trasa od Sochczewa do Śladowa - rozmaite nawierzchnie - od asfaltu, po fajne miękkie leśne podłoże, ścieżkę prowadzącą wałem i porządne szuterki Asfalt wijący się wzdłuż kampinoskiego szlaku rowerowego (który daje ulgę od „mazowieckich piasków") ...i Rezerwat Rybitew! Najbardziej klimatyczne i dzikie, pozostawione sobie, miejsce na trasie. …plus maki i chabry! Jak się przygotować (z dedykacją dla Zioła :D): 1 - Uważność na to, by wyłapać dobry moment na wypad rowerowy. śledzenie pogody i sprawdzanie, jak to się ma do obłożenia pracą. Jeśli można wziąć dzień wolnego i słońce ma świecić - to jedziemy! 2 - Pomysł na trasę. Po czym poznać, że dobry? Gdy skanując np. mapę wzrokiem, coś w środku kliknie i poczujesz nagły wzrost zainteresowania i motywacji :) Korzystanie z kolei, by przetransportować się z miejsca A do...

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...