Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

street-teacher


czasami spotykasz kogoś w drodze i rozmawiasz przez chwilkę i wiesz, że to jest twój nauczyciel, street-teacher, changemaker, tak samo jak czasami i ty jesteś dla kogoś innego, w innej sytuacji taką samą postacią. chcąc nie chcąc być może nawet o tym nie wiedząc zmieniasz bieg czyjejś rzeki. 

silne opady deszczu w ugandzie zdarzają się często. czasami jednak są wyjątkowe. jakoś w latach 60 była w murchison falls national park tak silna ulewa, że powódź sprawiła, że z jednej rzeki na stale utworzyły się dwie, wezbrana woda przetarła szlaki i oprócz wodospadu murchisona, 200 metrów dalej pojawił się drugi, mniejszy wodospad - uhuru. 

dzisiaj też była tutaj niezła ulewa - z gradem - jednak skończyła się tuż przed moim przyjazdem do kabale. wczoraj w mbarara również potwornie padało - dom w którym nocowałam był w centrum parogodzinnej burzy. teoretycznie nic strasznego, ale z każdym grzmotem wzdrygałam się lub podskakiwałam z przestrachu. ku uciesze rodzinki... 

teraz jestem przy południowo zachodniej granicy ugandy z rwandą. teren jest górzysty, więc grad to żadna nowość. opowiadał mi o tym julius. jeden z dwudziestuparu pasażerów matatu, które rejestruje się zwykle na przewóz 14 osob. opowiadał mi również o swojej nauce języka niemieckiego, próbował, ale miał wobec tego jezyka psychologiczny opór. opowiadał o hitlerze, obozach koncentracyjnych i drugiej wojnie światowej. opowiadał o tym, jak dowiedział się tego wszystkiego z internetu, surfując. mówił też, że powinnam uważać na siebie. podróżuję sama, więc obawia się o mnie. jak będziemy już w kabale postara się dla mnie o dobrego boda-boda, by bezpiecznie dowiózł mnie do hostelu. mógłby teoretycznie podwieźć mnie swoim motorem, ale dzisiaj obawiając się o deszcz, skorzystał z taxi, tak więc nie może tego zrobić... poza tym, gdyby jechał motorem, nie spotkalibyśmy się. 

czasami gdy słyszysz takie zdania zastanawiasz się dwa razy, jakie są intencje tej osoby. czasami gdy słyszysz takie zdania, kiwasz głową i dziękujesz w myślach, że po raz kolejny spotykasz na swojej drodze dobrego człowieka. czasami, gdy słyszysz takie zdania, zastanawiasz się, czy lepiej spotkać kogoś na zbyt krótką chwilę i pozostać z uczuciem niedokończonej rozmowy, czy lepiej nie spotykać, nie zaczynać i nie czuć braku...

tym razem kiwnęłam głową, tak więc jestem w kabale - w "domu edirisy" - który zapowiada się jako kolejny fascynujący rozdział tej wycieczki. 

jeden z obrazow w restauracji w domie edirisy,
ktora jest jednoczesnie jakims centrum kulturalnym na to mi wyglada :)
ale poki co jeszcze nic absolutnie o tym miejscu nie wiem

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...