Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Trochę inne Bali. Wschód słońca w Pemuteran

Autokar, którym jechaliśmy na Bali, o 2 w nocy wjechał na prom. Musieliśmy wysiąść i przejść na górny  pokład. Przeciskaliśmy się między korytarzami stworzonymi z innych autokarów. Wszystkie ich silniki chodziły. Na górnym pokładzie ludzie siadali na ławkach, z przodu był jeden telewizor z lokalnymi teledyskami. Ludzie wybierali kilka strategii przetrwania. Wpatrzeni w ruszające się osoby i wyświetlane słowa piosenek. Palili papierosy. Próbowali spać, jakoś zniwelować wpływ bujania promu. Inni wyglądali przez okienka śledząc linię świateł. 

Traciliśmy orientację na wodzie. Prom obracał się, światła były coraz to z innej strony i ciężko było powiedzieć czy widzimy światła Jawy czy Bali. Co ciekawe, byliśmy na promie jedynymi osobami z białą skórą. Długo zastanawialiśmy się, jak na Bali przedostają się pozostali turyści.

Płynęliśmy godzinę. Prom zacumował w Gilimanunk. Ludzie wrócili do swoich autokarów, które pospiesznie opuściły pokład. Za chwilę znów wysiadaliśmy, żeby przejść przez kontrolę bezpieczeństwa. Szliśmy jeszcze raz do autokaru, żeby odebrać nasze plecaki. Potem na lokalny dworzec. Chcieliśmy złapać busa, który zawiezie nas do nadmorskiej miejscowości Pemuteran. Była czwarta. Bus miał ruszać o 5.30. Negocjowaliśmy cenę biletu i kiedy już ostatecznie ustaliliśmy ile płacimy i wsiedliśmy, bus ruszył. Co by nie mówić, zdziwiliśmy się. W busie było około 10 osób.  Kolejne dosiadały po drodze.
Kierowca zapytał nas, gdzie w Pemuteran wysiadamy. Nie wiedzieliśmy :) ale wysadził nas w najlepszym możliwym miejscu. Przy drodze na plażę.
Robiło się już jasno. Droga piaszczysta, po lewej ściany nadmorskich hoteli, po prawej łąki. Morze było spokojne.  Na plaży ku naszej radości, stały łóżka hotelowe, które zaraz zajęliśmy. Zuza poszła spać.  A ja czekałem na wschód słońca. Przyszło też kilka osób. Robili przegląd muszelek i kawałków rafy koralowej, które wyrzuciło morze, medytowali albo wchodzili do wody popływać razem ze słońcem.
Około 11 zebraliśmy się z plaży i trafiliśmy do nowego hotelu, który oprócz pokoi hotelowych miał też całkiem tanie łóżka w dormitorium. Dwa. Idealnie.


Poszliśmy na śniadanie, a potem wróciliśmy na plażę, gdzie znowu zasnęliśmy.  Nie było tam na szczęście zbyt wielu turystów. Trochę to inne Bali niż sobie wyobrażałem - z kurortami pełnymi imprezujących ludzi. To miejsce było pięknie położone, ze spokojnym morzem, przy górach i w ogrodach, tworzonych często na potrzeby hoteli. 

Woda w morzu była ciepła, słona i wapienna. Wapienna przez rafę koralową, która była niedaleko brzegu. To właśnie projekt odtwarzania rafy przyciągnął nas do Pemuteran. Ale o tym będzie w osobnym poście.

Adam

Komentarze

  1. Wicio pyta, czy na Borneo widzieliście nosacza? i czy piasek na plażach Bali jest wszędzie taki ciemny? Ech, dzięki Wam poczuliśmy znów zew podróży, który jednak będzie jeszcze musiał nieco poczekać... Całusy dla Was obojga i trzymam kciuki za cd. kasia sm

    OdpowiedzUsuń
  2. Na tej samej plaży w pemuteran był piasek w czterech kolorach :) w kucie widzieliśmy już tylko jasny. Nosacza nie widzieliśmy, ale fajne ma zdjęcia na grafikach googla. Bali jest super w małych miejscowościach, gdzie nie ma wiele osób. Trzymam kciuki za wasze przyszłe wyprawy. Ściskam, Adam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...