Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout.

Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa.
Do domu wrócę więc zdrowa :)

Myśli końcowe:
  1. gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozachowawczy i te spaliny są tak wszechobecne a zdaje się tylko przyjezdnym przeszkadzają, przynajmniej nikt inny nie daje tego po sobie poznać.
  2. Nie kupiliśmy jednak lokalnej karty sim. W każdym hostelu, hotelu, riadzie, w każdej kawiarence i restauracji było wifi. Jedyne momenty, gdzie karta z netem w telefonie by się przydała, to sytuacje w drodze, gdzie sprawdzone przed wyjściem informacje nt. transportu publicznego nie wystarczały. Czasami zmiana planów, czasami zmiana przystanków lub brak przystanku - i było trochę trudniej. Choć i tak daliśmy spoko radę. Wręcz dziwię się, że tak mało osób turystów korzysta z tutejszych autobusów miejskich. Jeżdżą często, są ekstremalnie tanie, nie aż tak zatłoczone. A już tramwaje w Casablance to był pełny komfort.
  3. W Marrakeshu i w Agadirze są rowery miejskie, ze stacjami ala nextbike w Warszawie. Nie spróbowaliśmy, za późno się zorientowaliśmy. W Agadirze są pasy rowerowe wyznaczone na ulicy. Dodatkowo: z Taghazout ciągnie się piękna promenada w kierunku Agadiru, jechało nią parę rowerów - nie wiemy, czy ciągnie się przez kilkanaście kilometrów aż do Agadiru - ale to jest trop, który warto sprawdzić. 
Jedna z rzeźb recyklingowych stworzonych przy okazji COP22, który 4 lata temu miał miejsce w Marrakeshu.

Lista TOP:
  • najlepszy tajine: ugotowany wraz z Samirą podczas lekcji gotowania w Fez
  • najlepsza kawa: Mandala Society w Essaouirze
  • najlepszy sok pomarańczowy: ...każdego ranka w Fezie i Essaouirze podczas śniadania
  • największe odkrycie kulinarne - zaalouk! 
  • najlepszy tip kuchenny - ex aequo: sposób na opiekanie pomidorów i bakłażana na ogniu oraz moczenie cebuli w wodzie, by tak nie śmierdziała
  • największa wtopa kulinarna - sałatka marokańska... ale nie. Wróć. Ta ohydna zupa w restauracji alladyna z Chefchaouen, która była tak zepsuta, że nawet nam jej nie policzono na rachunku... 
  • największy spontan: odwołanie hotelu z basenem i spa tuż po jego zabookowaniu, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że jednak wolelibyśmy zostać w Taghazout dłużej i wcale nie musimy ostatnich dni spędzać w mieście
  • największy sukces na targu - drugie zakupy w Marrakeshu. Pycha oliwki, pycha awokado, pycha chleb, dobra cena!
  • największy przypał: oszukaństwo na dworcu w Essaouirze. Beware - po prostu nie ma "droższych, ale szybszych autobusów, które dowiozą cię bezpośrednio do Taghazout"... chyba, że grand taxi.
  • najwięcej kroków (20.000+) - 26 grudnia - gdy byliśmy w Fezie i pogubiliśmy się w medinie
  • największy sukces logistyczny - o 9:00 wyjście z hostelu w Taghazout a o 14:00 zameldować się w Marrakeshu
  • najlepszy taksówkarz (choć było ich tylko trzech i wszyscy w Rabacie) - bezapelacyjnie wygrywa pan, który puszczał Leila na cały regulator i zawiózł nas dokładnie pod tę bramę, o którą nam chodziło.
  • największe niespełnienie - nie udało się nam w końcu trafić do fajnie zapowiadającego się Museum of Confluences w Marrakeshu. Dwa razy byliśmy pod drzwiami i było zamknięte - raz "bo poniedziałek", raz "bo zamykamy za pół godziny". 
  • największy niedosyt - Casablanka? Choć może właśnie byliśmy tam idealnie długo (=za krótko), by zachwycić się przez chwilkę i wyrobić sobie wrażenie, że jest w tym mieście dużo więcej do odkrycia. 
  • najfajniejszy park/ogród - Majorelle! ...choć nie byliśmy w zbyt wielu parkach podczas tego wyjazdu. 
  • największy cud natury - wodospady w Ouzud!
  • najfajniejszy punkt widokowy: z twierdzy ponad Fezem
  • najstarsza rzecz, której dotknęłam... kolumna w Shalli.
  • najbardziej zwariowane miasteczko - niebieskie Chefchaouen. Bez dwóch zdań
  • najpiękniejszy budynek - meczet Hassana II w Casablance
  • najsłabszy pokój - też w Chefchaouen (...choć najlepiej mi się tam spało... więc nie wiem. Może więc pierwsze noclegi w Marrakeshu... ale tam z kolei był grzejnik-słońce-ognisko w lesie - cudowny... więc jednak fioletowy pokój, z niebieskim światłem w niebieskim mieście)
  • najlepszy nocleg - Dar Zin w Fezie. Super chłopak, który prowadził to miejsce. Prosty, czysty, cichy, ciepły pokój. W centrum wszystkiego. 
  • najlepszy deal - solniczka i pieprzniczka haha
  • największy sukces technologiczny - udało mi się zalogować do arabskojęzycznego netflixa i dzięki temu obejrzeliśmy w międzyczasie całego Wiedźmina
  • największe oniemienie z zachwytu i najwięcej chwil niepostradania się ze szczęścia - nad oceanem w Taghazout.
  • najdłuższy post - ten, który obecnie kończę pisać. Basta!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...