Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
W Jogjakarcie mieszkaliśmy na ulicy Sosowijaja w pięknym Dewi homestay (bardzo polecamy), w zagłębiu hoteli, homstay'ów, ulicy czerwonych latarni, knajp i wielu tymczasowych warungów, biur podróży, salonów spa i kafajek internetowych.
Malioboro to świat zaraz za zakrętem. Największa handlowa ulica w Jogjakarcie, na którą tłumnie ciągną turyści z krajów Północy, ale w zdecydowanej większości ci lokalni. Kupują t-shirty z nazwą miejscowości odmienianą na miliard sposobów i batiki - materiały pokryte najróżniejszymi wzorami.
Ruszyliśmy koło 15, żeby dotrzeć do Pasaru Beringharjo na drugim końcu ulicy. Koło 21, kiedy tam dotarliśmy po przedzieraniu się przez kolejne sklepy, pasar był już zamknięty. Sześć godzin na jednej ulicy to za mało. Oglądaliśmy głównie batiki. Piękne materiały, tradycyjnie stemplowane, ręcznie malowane, a potem woskowane. Wiele z tych sprzedawanych w sklepach i na ulicznych stoiskach było tworzonych maszynowo.
Od wzorów i kolorów, po przejściu przez kilka sklepów, robiło nam się niedobrze, ale kolejne, nowe tkaniny i wzory nas przyciągały i fascynowały. Wchodziliśmy jednak już tylko do wybranych sklepów.
Proste wzory sarungów (w rzędzie na dole) znów przypomniały mi Keralę. Tam służyły wszystkim mężczyznom, tutaj muzułmanom.
Coś, co przypomniało nam Polskę.
Tak wygląda tłum na Malioboro. Kolejno od prawej sklep, kram uliczny, kolejki ludzi w dwie strony, kram uliczny, kolejki ludzi, bryczki konne i riksze rowerowe, kolejki ludzi i uliczne knajpki, ulica dla samochodów (ruch tylko w jedną stronę). Od lewej strony zamiast sklepów rozłożone były knajpki z jedzeniem, a ludzie siedzieli na ziemi przy ławach i jedli słuchając ulicznych gitarowych grajków.
Adam
Komentarze
Prześlij komentarz