Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Affandi, malarz ekspresjonista z Indonezji, malujący palcami, porównywany z van Goghiem. Do jego muzeum chcieliśmy pojechać i tak, ale znaleźliśmy je przypadkiem, w czasie rowerowej wyprawy do Prambanan.
To jego ulubiony samochód i rowery.
To absurdalne i piękne miejsce w Jogjakarcie. Muzeum ciągle żywe, gdzie w pawilonie, obok grobu artysty i jego żony, młodzi artyści wystawiają swoje prace.
Ciekawe, że w Jogjakarcie działa fundusz żelazny, z którego korzystają chorzy artyści.
Poniżej zdjęcie krzeseł i stołów zrobionych z opon w restauracji muzeum. Porządny upcycling. Adam
Komentarze
Prześlij komentarz