Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Pojechaliśmy na północ, wzdłuż zachodniego wybrzeża półwyspu malajskiego. Opuszczenie Singapuru autobusem, przejście dwóch granic (singapurskiej i malezyjskiej) i podróż autobusem do Melaki - to wszystko udało nam się ogarnąć sprawnie. Ostatecznie koło 21 dotarliśmy do Chinatown w Melakce, kiedy nasz autobus stanął w wielkim korku wywołanym przez paradę z lampionami i smokami. Znaleźliśmy hostel i poszliśmy szukać czegoś na kolację. Od razu trafiliśmy na nocny bazar, który ciągnął się wzdłuż głównej ulicy Chinatown.
Poniżej na zdjęciu zobaczycie tę ulicę w ciągu dnia. Nawet na nim widać, jaką troską i uwagą obdarzany jest pewien specyficzny owoc - durian.
Chciałem spróbować duriana, przez ludzi tutaj nazywanym królem owoców. Na jednym ze stoisk były ciastka z nadzieniem z duriana. Trzeba było kupić od razu kilka. Wzięliśmy trzy i dostaliśmy instrukcję, żeby jedno ciastko połknąć na raz. Wilgotne ciastko z wyglądu przypominało naszą kokosankę. Zuza spróbowała jako pierwsza i bardzo zaczęła się krzywić. I po chwili mówić "nigdy więcej", ale też bardzo chciała nagrać moją reakcję. Ciastko miało zapach cebuli od śledzi i bardzo mocny smak cebuli pojawiał się zaraz po jego pogryzieniu. Ale też, nie opuszczał nas do kolejnego dnia. Przeklinaliśmy ten zakup.
Zjedliśmy ostatecznie kolację w stołówce pakistańskiej. Trochę szukaliśmy, ale na szczęście była otwarta. Tak rozpoczęły się nasze kulinarne przygody w Malezji. Kolejnym eksperymentem kulinarnym był ice kacang.
To lokalna wariacja na temat lodów. Trafiliśmy na cendrole w jednej z knajp przy głównej ulicy. To bardzo popularne miejsce. Niektórzy ludzie zamawiali ciepłe posiłki i lody. Jedli te ciepłe, a potem pili zimną zupę z rozpuszczonych lodów.
A teraz przepis na ice kacanga. Weźcie małą miskę. Wrzućcie tam kilka odmian żelków - pasków, sześcianów i fasolek w różnych kolorach (najlepiej najbardziej odjechanych np jaskrawy zielony), dodajcie kukurydzę w ziarnach (taką z puszki) i czerwoną fasolę (też taką z puszki). Na to pokruszcie, korzystając z maszyny, drobny lód - jak śnieg (maszyna wwierca się w wielką bryłę lodu i na dół spadają zimne kawałki). Ubijcie z nich kulę. Polejcie obficie sosem, którym chcecie - ja wybrałem ten z owoców tropikalnych i mlekiem skondensowanym. Jeszcze był jeden sok czerwony, owocowy. Smacznego. Dla mnie to trochę był szok, ale lód był smaczny i wiedziałem, w jaki sposób powstaje. To, co? Robimy takie w Polsce?
Poniżej na zdjęciu zobaczycie tę ulicę w ciągu dnia. Nawet na nim widać, jaką troską i uwagą obdarzany jest pewien specyficzny owoc - durian.
Chciałem spróbować duriana, przez ludzi tutaj nazywanym królem owoców. Na jednym ze stoisk były ciastka z nadzieniem z duriana. Trzeba było kupić od razu kilka. Wzięliśmy trzy i dostaliśmy instrukcję, żeby jedno ciastko połknąć na raz. Wilgotne ciastko z wyglądu przypominało naszą kokosankę. Zuza spróbowała jako pierwsza i bardzo zaczęła się krzywić. I po chwili mówić "nigdy więcej", ale też bardzo chciała nagrać moją reakcję. Ciastko miało zapach cebuli od śledzi i bardzo mocny smak cebuli pojawiał się zaraz po jego pogryzieniu. Ale też, nie opuszczał nas do kolejnego dnia. Przeklinaliśmy ten zakup.
Zjedliśmy ostatecznie kolację w stołówce pakistańskiej. Trochę szukaliśmy, ale na szczęście była otwarta. Tak rozpoczęły się nasze kulinarne przygody w Malezji. Kolejnym eksperymentem kulinarnym był ice kacang.
To lokalna wariacja na temat lodów. Trafiliśmy na cendrole w jednej z knajp przy głównej ulicy. To bardzo popularne miejsce. Niektórzy ludzie zamawiali ciepłe posiłki i lody. Jedli te ciepłe, a potem pili zimną zupę z rozpuszczonych lodów.
A teraz przepis na ice kacanga. Weźcie małą miskę. Wrzućcie tam kilka odmian żelków - pasków, sześcianów i fasolek w różnych kolorach (najlepiej najbardziej odjechanych np jaskrawy zielony), dodajcie kukurydzę w ziarnach (taką z puszki) i czerwoną fasolę (też taką z puszki). Na to pokruszcie, korzystając z maszyny, drobny lód - jak śnieg (maszyna wwierca się w wielką bryłę lodu i na dół spadają zimne kawałki). Ubijcie z nich kulę. Polejcie obficie sosem, którym chcecie - ja wybrałem ten z owoców tropikalnych i mlekiem skondensowanym. Jeszcze był jeden sok czerwony, owocowy. Smacznego. Dla mnie to trochę był szok, ale lód był smaczny i wiedziałem, w jaki sposób powstaje. To, co? Robimy takie w Polsce?
Adam
Komentarze
Prześlij komentarz