Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Na rowerach do Prambanan


To Prambanan, hinduskie świątynie z VIII wieku, położone niedaleko Jogjakarty. Zabytek wpisany na listę UNESCO razem ze swoim buddyjskim odbiciem w Borobudur. Oba zbudowane w tym samym czasie, żeby uczcić małżeństwo pary dwóch wyznań.


Mieliśmy niezłą rowerową wyprawę. Najpierw poszukiwaliśmy właściwej drogi. Mieliśmy do przejechania 17 km na za małych rowerach. W przewodniku było kilka tajemniczych zdań jak dotrzeć do świątyń skrótem, omijając główną spalinową drogę. Spróbowaliśmy i jak zwykle pytaliśmy też ludzi. Spotkaliśmy wesołą rodzinę na motorze i oni dali nam bardzo cenną wskazówkę. Mieliśmy trzymać się kanału, który prowadził do świątyń (dwukrotnie przecinanym trasą szybkiego ruchu). Pojechaliśmy. Trafiliśmy na piękne tereny wiejskie, gdzie rolnicy uprawiali ryż i hodowali ryby. Wąska droga co chwila była spowalniana progami. Rzadko jeździły nią samochody. Najczęściej mijały nas motory, uśmiechy i  okrzyki "hello mister" (niezależnie czy do mnie czy do Zuzy). Kolejny oddech od miasta i wolność jazdy w terenie. To bardzo nam się podobało.


Ostatni dwukilometrowy odcinek jechaliśmy już razem z samochodami i motorami. Było też kilka rowerów. Poboczna droga szybkiego ruchu była właśnie dla nich i dla motorów. Przed wjazdem na teren świątyń trafiliśmy na wielki korek, który próbowała rozładować policja. Przejechaliśmy sprawnie obok szukając wjazdu na parking (też dla rowerów, 1000 Rp za sztukę czyli ok. 30 groszy). Wejście do świątyń to wydatek 171 tys. Rp, czyli ok 60 zł. Ale było warto. Piękne rzeźby otaczały nas z każdej strony. Na wejściu zostaliśmy też przewiązani w pasie materiałem, nazywanym tutaj sarongiem. Na miejscu z każdej strony otaczał nas tłum ludzi, tłum na schodach w kolejkach do świątyń.


Przewodnicy opowiadają Ramayanę, indyjski epos uwieczniony w skałach Prambanan. Ten przewodnik akurat tańczył jak Hanuman, bóg małpa. Na wejściu do jednej ze świątyń dostaliśmy kaski. Podobno jej stan jest stabilny, ale nigdy nie wiadomo. Trzęsienie ziemi w 2006 roku mocno ją dotknęło i cały czas trwają prace restauracyjne.

Uciekaliśmy stamtąd żeby dostać się do Jogjakarty przed zmrokiem. Kanał znów wyznaczał nam drogę.
Sam kanał Selokan Mataram ma swoją wojenną historię. Sułtan nie chcąc, żeby w czasie wojny Indonezyjczycy trafili do obozów pracy w Birmie poprosił Japończyków o zgodę na budowę wodnego kanału. I ją dostał. W ten sposób wielu jego poddanych miało pracę na miejscu, blisko domu. 

Adam

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...