Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Koral z prądem

Ludzie nurkują w pełnym sprzęcie albo zakładają okulary, biorą rurki i płyną. Rafa ich przyciąga. A w Pemuteran jest na wyciągnięcie ręki. Zaczyna się maksymalnie 10 metrów od brzegu i zajmuje obszar dwóch hektarów.
W latach 90 nie było tu już rafy. Kiedyś była, ale została zniszczona. Nie było też ryb, a rybacy musieli wypływać daleko w morze, żeby coś złapać.
W 2000 roku do Pemuteran przyjechał profesor Tom Goreau, który uczy społeczności metody budowania rafy koralowej z wykorzystaniem prądu. Okazało się, że warunki w tej miejscowości są na tyle dobre (np.niewielkie fale), że koral w czasie testowania metody zaczął rosnąć. Od tego momentu Pemuteran się zmienia.
Na horyzoncie widać plecy ludzi, którzy pływają w wodzie. Oglądają podłączone do prądu metalowe instalacje, do których przyszedł koral, osiadł i zaczął rosnąć. Koral mógł też zostać przywiązany do instalacji drutem. W miarę rozwoju projektu do wody były przynoszone kolejne instalacje połączone z odprawieniem modlitw, graniem na instrumentach, udziałem mieszkańców i lokalnych polityków. Kiedy koral zaczął rosnąć pojawiły się ryby i turyści.
Odtwarzaniem rafy zajmuje się m.in. lokalna organizacja Biorock złożona z mieszkańców Pemuteran. Głównie są to ludzie z firm organizujących nurkowanie. Opłaca im się utrzymanie i rozwój rafy. Przyjeżdżają turyści, interes się rozwija. Rybacy łowią ryby, które są bliżej i turystów, którym mogą sprzedać coś ze swoich sklepów albo dać nocleg. Działa też patrol złożony z mieszkańców. Ich zadaniem jest informowanie tych, którzy niszczą rafę i pokazywanie korzyści z jej wzrostu. Do jednej osoby mogą mówić o tym z uśmiechem każdego dnia.
Made jest członkiem  i managerem Biorock w Pemuteran. Opowiadał nam o tym wszystkim z dużą radością i zaangażowaniem. Kiedyś nie wiedział jak rafa jest ważna i chodził po niej. Teraz działa dla jej ochrony.
Spotkaliśmy go, kiedy pracował nad nową instalacja kalmara. Made zachęcał nas do nurkowania i przyjrzenia się rafie. A jaka ona jest? Kiedy płynąłem pod wodą widziałem kolejne metalowe kopuły i siatki, na których wyrastał żółty i brązowy koral. Obok pływały ryby, które znam ze sklepów akwarystycznych, a ich nazw już nie pamiętam. Białe, niebieskie, czarne, żółte ryby, fioletowe rozgwiazdy. Wyglądało to jak film wielowymiarowy i byłem zaskoczony nagłością pojawienia się tych form. Uciekałem z płytkiej wody, kiedy koral był za blisko i była szansa, że mogę go uszkodzić. Wtedy może się zestresować, przestać rosnąć i ostatecznie umrzeć. Dlatego w głębszej wodzie czułem się lepiej. Rafa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie.
Więcej o projekcie przeczytacie na stronie http://biorockbali.webs.com/whoweare.html

Adam

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...