Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Pontianac to duże miasto, stolica stanu z lotniskiem i uczelniami z dużą chińską dzielnicą handlową i tysiącami małych knajp. W chińskiej, wegetariańskiej sprzedają grzyby w kształcie mięsa. My jednak lubimy jeść w lokalnych stołówkach, warungach, gdzie świeże jedzenie wystawione jest na talerzach za szybą. Zwykle możemy coś wybrać dla siebie. To warung, na który trafiliśmy przypadkiem. 
Najdziwniejszą budowlą jaką tam widziałem była katedra chrześcijańska, wzorowana na europejskich. Gigant, obok małych sklepów z telewizorami i pamiątkami z Borneo. 
A.
Komentarze
Prześlij komentarz