Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Przez ostatnie dni byliśmy jedynymi obcokrajowcami, którzy ukazali się naszym oczom. Czasami zastanawiałam się, gdzie podziali się ci nieliczni, których widzieliśmy na lotnisku w Pangkalanbun, ale te rozmyślania nie zajmowały mi zbyt wiele przestrzeni w umyśle - wolałam cieszyć się spokojem i autentycznością otoczenia, w którym się znajdowałam.
Wielce się zdziwiłam, gdy wsiadając do łodzi, którą mieliśmy dopłynąć do Pontianaku, spotkaliśmy parę kolorowo ubranych starszych od nas osób, którzy wyglądali jak rasowi turyści. Gdzież się oni podziewali, gdy spacerowaliśmy tam i spowrotem przez Sukadanę?
"Dzień dobry"... ale jak to? Państwo są z Polski?
Okazało się, że byli to Państwo Lisowscy - nie tylko rasowi turyści, ale zawodowi podróżnicy, od lat prowadzący audycje o swoich wyprawach i wyprawach innych osób. Kolejne cztery godziny upłynęły nam na poznawaniu historii z ich pierwszych podróży w latach '80. O przewodniku po Tunezji, który napisali, który ukazał się w 90 innych krajach, o nieodkrytej do tej pory dla Polaków fascynujących terenach Dunaju o miejscach w Kuala, w Dżogdży, które powinniśmy odwiedzić. Poniższe zdjęcie dedykuję Andrzejowi i Elżbiecie, zdjęcia na których w wodzie rzeki, którą wspólnie przemierzaliśmy, odbija się świat, odrealnia, duplikuje, powiela, wykrzywia.
Wielce się zdziwiłam, gdy wsiadając do łodzi, którą mieliśmy dopłynąć do Pontianaku, spotkaliśmy parę kolorowo ubranych starszych od nas osób, którzy wyglądali jak rasowi turyści. Gdzież się oni podziewali, gdy spacerowaliśmy tam i spowrotem przez Sukadanę?
"Dzień dobry"... ale jak to? Państwo są z Polski?
Okazało się, że byli to Państwo Lisowscy - nie tylko rasowi turyści, ale zawodowi podróżnicy, od lat prowadzący audycje o swoich wyprawach i wyprawach innych osób. Kolejne cztery godziny upłynęły nam na poznawaniu historii z ich pierwszych podróży w latach '80. O przewodniku po Tunezji, który napisali, który ukazał się w 90 innych krajach, o nieodkrytej do tej pory dla Polaków fascynujących terenach Dunaju o miejscach w Kuala, w Dżogdży, które powinniśmy odwiedzić. Poniższe zdjęcie dedykuję Andrzejowi i Elżbiecie, zdjęcia na których w wodzie rzeki, którą wspólnie przemierzaliśmy, odbija się świat, odrealnia, duplikuje, powiela, wykrzywia.
z.
Komentarze
Prześlij komentarz