Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Na tę noc osoby obchodzące ramadan czekały cały miesiąc. Noc która kończy post, noc radości, noc która jest początkiem nowego, a na początku tego nowego są święta, spotkanie z rodzinami, dużo pysznego jedzenia i maślanych ciasteczek. W tym roku była to noc z 7 na 8 sierpnia. My tę noc spędziliśmy w autobusie, jadąc z Jakarty do Yogyakarty. Z okna autokaru obserwowałam procesje uliczne ogromnych stworów wykonanych z papieru - statek, pająk, czołg, kura. Robiły wrażenie nocą, oświetlone tylko światłem świec... i przejeżdżających obok aut.
Gdy kolejnego dnia, kiedy wszystko po raz pierwszy wydawało się martwe, pozamykane, opustoszałe, spacerowaliśmy uliczkami Dżogdży, na ulicach spotykaliśmy pozostałości po procesji - ogromne ilości białych kartek papieru, opuszczone papierowe platformy. Znak, że ramadan się skończył. Muzułmanie będą świętować jeszcze przez tydzień, ale już od dziś bez problemu mogliśmy spotkać ludzi jedzących na ulicznych kramach - yeeeah :)
Komentarze
Prześlij komentarz