Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Wylądowaliśmy na dachu. Malang z tej perspektywy wygląda właśnie tak jak na zdjęciu powyżej. Do miasta tego przywiodła nas perspektywa masażu w spółdzielni niewidomych masażystow. Otrzymaliśmy jednak nie tylko godzinę przyjemności przeplataną cudownym bólem, ale też podróż w czasie do początków XX wieku i wizytę w jednym z fajniejszych hosteli backpackerskich, na które trafiliśmy po drodze - nazywa się Kampung Tourist i mieści się na dachu innego hotelu z paroma gwiazdkami :) Cieszyliśmy się bambusowym dormitory z lepszym widokiem na okolicę niż miały go ekskluzywne pokoje piętro i dwa pietra niżej ;)
Odwiedziliśmy też luksusowy hotel galerię przy ogromnym rondzie Togu. Kolejne korytarze prowadziły nas do świątyń tematycznych, pełnych rzeźb, lalek, starych zdjęć. Zbieranie ich to pasja właściciela.
Kiedy oddaliliśmy się od głównego korytarza i skręciliśmy do ogromnej sali balowej, dołączył do nas manager hotelu i towarzyszył nam w przechodzeniu przez kolejne sale. Jednak nie czuliśmy się już tak swobodnie jak wcześniej i powoli zmierzaliśmy do wyjścia.
Po zwiedzaniu hotelu i masażu dotarliśmy do onirycznej restauracji pełnej etnicznych gadżetów i starych zdjęć z minionej epoki, z występami na żywo. Spokojnie mogłaby być planem filmowym Incepcji lub wong-kar-wai'owskiego 2046. Na początku był koncert (melodie ala wesele + keyboard), potem pokaz lokalnego tańca (a w tle szalone, niespokojne i transowe gamelany), a na koniec karaoke, w którym brali udział zgromadzeni goście.
Nasze jedzenie też nas zdziwiło. Zupa sayur lodeh była mega pikantna, druga, była mieszanką ukiszonych warzyw, do której dodatkiem był tuńczyk zawinięty w liść banana. Uznaliśmy ten czas za noc absurdu w bardzo klimatycznym miejscu.
Nareszcie byliśmy w spokojniejszym i bardziej zwariowanym miejscu.
Odwiedziliśmy też luksusowy hotel galerię przy ogromnym rondzie Togu. Kolejne korytarze prowadziły nas do świątyń tematycznych, pełnych rzeźb, lalek, starych zdjęć. Zbieranie ich to pasja właściciela.
Kiedy oddaliliśmy się od głównego korytarza i skręciliśmy do ogromnej sali balowej, dołączył do nas manager hotelu i towarzyszył nam w przechodzeniu przez kolejne sale. Jednak nie czuliśmy się już tak swobodnie jak wcześniej i powoli zmierzaliśmy do wyjścia.
Po zwiedzaniu hotelu i masażu dotarliśmy do onirycznej restauracji pełnej etnicznych gadżetów i starych zdjęć z minionej epoki, z występami na żywo. Spokojnie mogłaby być planem filmowym Incepcji lub wong-kar-wai'owskiego 2046. Na początku był koncert (melodie ala wesele + keyboard), potem pokaz lokalnego tańca (a w tle szalone, niespokojne i transowe gamelany), a na koniec karaoke, w którym brali udział zgromadzeni goście.
Nasze jedzenie też nas zdziwiło. Zupa sayur lodeh była mega pikantna, druga, była mieszanką ukiszonych warzyw, do której dodatkiem był tuńczyk zawinięty w liść banana. Uznaliśmy ten czas za noc absurdu w bardzo klimatycznym miejscu.
Nareszcie byliśmy w spokojniejszym i bardziej zwariowanym miejscu.
Z&A
Komentarze
Prześlij komentarz