Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

W poszukiwaniu głodnych duchów

Od początku naszej wyprawy chciałam wziąć udział w jakimś lokalnym festiwalu. Pobyć wśród ludzi świętujących. Pierwszy widok w Georgetown, który uwieczniłam na zdjęciu od razu po wysiadce z autobusu o 5 rano, zasiał we mnie ziarno nadziei, że oto w tym mieście doświadczymy czegoś odświętnego. Na ziemi porozrzuane fałszywki :) oznaka prawdziwego rytuału w imię osiągnięcia dobrobytu ;)
W Georgetown odkryliśmy, że przybyliśmy tam w trakcie Hungry Ghosts Festival. Głosy na temat możliwych wydarzeń do odwiedzenia były podzielone - pewne osoby mówiły, że najważniejsze imprezy już za nami, inne, że nic się nie dzieje z tej okazji - dziewczyna w informacji na pytanie o obchody święta głodnych duchów poprosiła o chwilkę, by sprawdzić to w internecie. Po chwili wyciągnęła mapę i gdzieś poza centrum Georgetown zaznaczyła ołówkiem jedną ulicę i powiedziała - jutro o 19.30. Nic więcej odnośnie tego, co tam będzie się działo. Zarezerwowaliśmy sobie jednak ten czas, by poszukać święta i wyruszyć w nieznane ;)

Gdzieś mniej więcej o 17 zaczęło padać - kropiło już wcześniej, ale teraz rozpadało się konkretnie. Pedałowaliśmy w tym momencie po mieście, więc w mig do suchej nitki zmoknęliśmy. Nie było dla nas jasne, czy w taką pogodę coś wydarzy się na Jalan Melaka, ale mówiliśmy sobie - jedyną szansą, by się o tym przekonać, jest pójść tam. Więc poszliśmy - uzbrojeni w pożyczoną z hostelu malutką srebrną parasolkę. Przyznaję to było nawet przyjemne i zabawne odnajdować sposób chodzenia w dwójkę pod tym maleństwem, tak byśmy ani ja ani Adam zbytnio nie zmokli. Szliśmy godzinę, z przystankiem na czekoladę, bo animusz nam przyklapł od deszczu. Dochodząc do ulicy Jalan Melaka już nawet nie myśleliśmy, że coś tam znajdziemy. Okolica nie dawała żadnych oznak odświętności. O to tu! Spojrzenie w lewo, spojrzenie w prawo... no tak - nic się tutaj nie dzieje ;) Stanęliśmy na chwilę, by pocieszyć się zdobyciem szczytu we mgle i zaczęliśmy ustalać do jakiej restauracji indyjskiej udamy się teraz na kolację. Już wyruszyliśmy, ale jednak tak dla spokoju pomyślałam, że jeszcze popytam tutaj w okolicy o te głodne duchy... Pierwsze lepsze otwarte drzwi. Trzy osoby w środku. Pytanie o to, czy tutaj dzieje się dziś coś z okazji Głodnych Duchów. Chwila konsternacji. Odpowiedź lekko niezdecydowana... no nie, nie dzieje się. A gdzie się dzieje? Chwila konsultacji. Dziewczyna podchodzi do mapy, pokazuje dzielnicę obok, mówi, że może gdzieś tutaj, ale nie jest pewna, pewnie tam nic nie ma, ale to ciekawe miejsce, o a na tej ulicy zawsze dużo jest miejsc, gdzie można coś zjeść i napić się soków - idźcie tam. Poszliśmy. Z czystej ciekawości, nie licząc na nic. Dochodzimy - pada - na tej ulicy do której zmierzaliśmy rzeczywiście dużo rozstawionych budek z jedzeniem... lecz tu również brak oznak odświętności. Już zaczęłam dorabiać znaczenie do zdania, które usłyszałam od tej dziewczyny - it's a performance for the ghost to see - że może one wcale nie są do oglądania przez ludzi, ale dzieją się gdzieś za zamkniętymi drzwiami, tylko do wiadomości duchów. I w tym momencie usłyszeliśmy dziwną melodię dochodzącą z oddali - brzmiało onirycznie, nieznajomo, intrygująco - odświętnie. Podążyliśmy za dźwiękiem. Na brzegu ulicy, którą cały czas jeździły samochody, rozstawiono różową scenę, z prawie każdej strony zakrytą przed oczami przechodniów.
W środku kilkanaście kobiet grających na bębnach i innych dziwnych instrumentach, z jednej strony mały prostokąt przez który podejrzeć mogliśmy środek - była to scena dla przedstawienia kukiełkowego. Dziwne dźwięki miały zapraszać widzów - deszcz jednak skutecznie wszystkich odstraszał. Byliśmy pierwszymi ludźmi, którzy stanęli przed namiotem i zaczęli czekać na ciąg dalszy. Po kwadransie rozpoczęło się - oprócz nas przystanęła jedna kobieta jeszcze i chłopiec. Przedstawienie było w języku chińskim, bez podpisów i tłumaczenia - spijaliśmy tylko śmietankę i zaczęliśmy dorabiać historię do tego, co widzieliśmy na scenie. W ten sposób poznaliśmy historię cesarzowej, która chciała odzyskać młodość... ale to zupełnie inna historia.
Czułam dziwność sytuacji i super przypadek, który sprawił, że jednak znaleźliśmy to miejsce. W drodze powrotnej mogliśmy jeszcze poobserwować, jak upadają na ziemię banknoty, które widzieliśmy pierwszego dnia nad ranem.

Dochodziliśmy już do Little India. Sposobem naszym na przemierzanie miasta w deszczu było sprawne przechodzenie od jednych arkad do drugich. Nasz chód ala pijany zająć musiał widocznie rozśmieszyć dwójkę ludzi stojących pod pięknym dużym czerwonym parasolem. Chłopak podszedł do nas, z uśmiechem wyciągnął czerwony parasol w naszą stronę i mówił, że teraz nam się ten parasol bardziej przyda, bo oni już doszli do celu. Wymieniliśmy srebrną, małą przeciekającą parasolkę na solidny czerwony parasol i pospacerowaliśmy spokojnie środkiem ulicy w kierunku masali dosy.
z.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...