Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Singapur - gdzie "publiczne" spotyka "sakralne"

Duża zmiana po Indonezji. Było ciszej - mniej trąbienia, mniej skuterów, mniej samochodów w centrum. Możliwe, że to przez bardzo rozbudowane metro. Stare budynki - odmalowane, nowe łączyły szkło, beton, drewno i zieleń. Nowe w starym zanurzone, wyrasta bardzo spójnie.   
Było czysto, ale nie sterylnie. Mimo, że są kary finansowe za przechodzenie w niedozwolonych miejscach, albo na czerwonym świetle - ludzie i tak to robią. Tuż przy znakach "zakaz palenia - kara 200$" spotkać można dymki snujące się z papierosów. Futurystyczne wieżowce zmiękczają budynki sakralne i zieleń wijąca się z wysokopołożonych tarasów. All in all - w tym mieście żyją ludzie i zdecydowanie da się w nim żyć :D

W samym historycznym centrum, koło muzeów, płynie rzeka, gdzie kiedyś pracowali ludzie przy wyładowaniu towarów ze statków, zajmowali się handlem rybami i innymi towarami. Władze miasta przeniosły ich w inne miejsce, żeby rzeka była czysta. Teraz zostały po nich pomniki. Możliwe, że ich dzieci pracują w tych wysokich budynkach, albo w restauracjach na ich parterach.
To pomnik pana Raffelsa, któremu w 1819 roku udało się kupić pozwolenie od sułtana i lokalnego władcy wioski na założenie jednej z siedzib handlowych brytyjskiego imperium. Przyznanie wiosce rybackiej statusu wolnego portu zaczęło przyciągać statki i ludzi, ale też opium, alkohol i hazard.
Chodząc ulicami Singapuru cieszyliśmy się kolorami i troską, jaką otoczono stare zabudowania, które pamiętają czasy opium i hazardu.

Można też powiedzieć, że graliśmy w grę "znajdź sakrum". Możesz zagrać z nami i wyszukać na zdjęciu poniżej kościół, który obcuje przy budynku akademii sztuk pięknych.
Wielokulturowość to określenie, jakie pozostało mi w głowie, gdy myślę o Singapurze. To, w jaki sposób na przestrzeni kilkuset metrów współegzystują miejsca modlitw wyznawców hinduizmu, buddyzmu, judaizmu, różnych odłamów chrześcijaństwa oraz islamu, pozostawiło mnie pod wielkim wrażeniem - aż chciałabym móc zreplikować ten model i powielić go w innych miejscach na świecie. Jednocześnie od razu neguję ten pomysł - Singapur od początku bycia "Singapurem" był miejscem na styku różnych kultur i tym się szczycił. Nie da się zreplikować paruset lat takiej tradycji ot tak. Niestety.
Do niektórych świątyń mogliśmy wejść - i korzystaliśmy z tych zaproszeń z chęcią. Znaki na ścianach i podpowiedzi opiekunów danych miejsc pozwalały unikać haniebnych faux pas - tu zdejmij buty, tu nie musisz, ale ściągnij chustę, tu zakryj głowę, tutaj ściągnij czapkę, tu zakryj ramiona, tutaj po prostu nie wchodź, tu nie rób zdjęć, tu możesz, ale bez flasha. Jak chodzenie z zamkniętymi oczami, gdy słuchasz wskazówek drugiej osoby. 


Naszym chwilowym domem w Singapurze był tani hostel dla plecakowiczów. Najlepsze w nim było położenie - pośrodku Little India, gdzie odkryłam dla siebie masale thosy :) Od tego momentu zaczęłam szukać restauracji indyjskich w każdym miejscu, gdzie się pojawiliśmy. Myślę sobie po cichu - kiedy mi się to znudzi? :)
Adam & z.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...