Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Elfie uszy sułtana. Może to właśnie z Indonezji przyszła inspiracja? Nie wiemy dokładnie. W każdym razie zajrzeliśmy do Kratonu, czyli sułtańskiej posiadłości w samym centrum Jogjakarty. Same wnętrza nie były tak interesujące jak historia sułtana i zdjęcia przedstawiające życie dworu, rytuały i stroje.
Hamengkubuwono IX, kiedy miał trzy lata otrzymał tytuł księcia (wtedy jego ojciec został sułtanem), a w wieku czterech lat zamieszkał z holenderską rodziną, żeby otrzymać zachodnią edukację. W 1931 roku wyjechał na studia do Holandii i wrócił z nich w 1939. Nie opuścił ludzi w czasie okupacji japońskiej, ani w czasie powstania niepodległościowego w 1949 roku, kiedy powstańcom walczącym z wojskami holenderskimi oddał swój pałac.
Fascynującą częścią była również wystawa batików wraz z czarnobiałymi zdjęciami przedstawiającymi osoby, które wcześnie nosiły właśnie tę tkaninę. Na zdjęciu poniżej sarung kobiety, która swoim mlekiem karmiła dzieci dworu sułtana.
i jeszcze pożegnalna maska na dowidzenia :) i już przemierzamy inne szlaki dżogdży
...które prowadzą nas do knajpy prowadzonej przez lokalnych artystów. Po raz pierwszy jedliśmy tam sayur lodeh, czyli zupę z zielonej fasolki, bakłażana, cebuli, czosnku, kawałków tempe (jak baton sojowy), chili i mleka kokosowego. Przykładowy, nie testowany jeszcze przepis, znajdziecie TUTAJ. Adam
Komentarze
Prześlij komentarz