Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Odkąd przyjechaliśmy do Malezji coś się zmieniło. Jedną rzeczą jest to, że podróżowaliśmy w inny sposób - bez wyraźnego klucza klimatycznego/środowiskowego. Inną sprawą są plagi, które poczułam jak spadają na mnie jedna po drugiej. Piszę o tym z uśmiechem na twarzy, jednak wiele z tych rzeczy, które poniżej, kosztowały mnie duuużo nerwów.
1. próba kradzieży aparatu. Tak, niestety to się zdarzyło i gorąco zachęcam wszystkich do trzymania ważnych rzeczy w bezpiecznym miejscu. Stało się to w trakcie, gdy jechaliśmy rowerami senną drogą prowadzącą z opuszczonego kurortu plażowego. Motor minął mnie z dużą szybkością, ręka motorzysty powędrowała w kierunku koszyka, gdzie leżał aparat, na szczęście tylko ślizgnęła po powierzchni torby i ze zrezygnowaniem pomknęła dalej, mijając jeszcze Adama i znikając za rogiem. Szok. Było to chyba miejsce, w którym takie rzeczy się zdarzają - dokładnie po tym wydarzeniu bowiem zatrzymywali nas ludzie ostrzegając, że to niebezpieczne trzymać rzeczy w koszyku na przodzie roweru. Wtedy mieliśmy już rzeczy przypięte lockami.
2. dętka podczas wyprawy rowerowej. Jakieś pół godziny po próbie kradzieży poszła mi dętka. Nie wiem zbytnio, jak to się stało, ale poczułam passsssę, która nie opuściła mnie przez kolejne dni.
3. gwóźdź w sandale. Nic szczególnego, ale gdy takie rzeczy dzieją się w serii, to ręce opadają i zaczynasz się śmiać z bezradności
4. Robaki! Och, niestety w Georgetown mój plecak i łóżko dopadły robaki. Ochydne małe pluskwy. Podejrzewam, że to od nich mam specyficzne okłucia - parę w jednym rzędzie - jak od linijki. Po odkryciu niechcianych gości w naszych rzeczach (albo precyzyjniej - w moich rzeczach - Adama, żadna z opisywanych w tym poście plag nie dotknęła;)) zarządziłam przeszukiwanie plecaków centymetr po centymetrze... i pranie wszystkich rzeczy. Śledztwo nic nie wykazało. Mam nadzieję, że po powrocie do domu nie objawią się wśród nas ponownie. Jako ilustrację mojego wstrętu do insektów załączam poniższe zdjęcie przedstawiające bliskie spotkania z motylami - piękne z oddali, jednak gdy chodzą po skórze wydają się tak samo przerażające jak pluskwy, pająki i ćmy.
5. pijawka! Tak, spacer w dżungli (prawdziwej dżungli) bez pijawki, to spacer niepełny. Mój spacer po Cameron Highlands mogę uznać za całkowicie pełny. Lało jak z cebra, stopy w sandałach brodziły w kałużach - czy nie brzmi to jak urocze zaproszenie dla pani pijawki? Na szczęście pijawki ponoć są niegroźne - są całkowicie obleśne - ale niegroźne.
z.
Komentarze
Prześlij komentarz