Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
AYAM znaczy kurczak. A Sukadana powinna zostać nazwana Ayamową stolicą Indonezji. Odkryliśmy to chcąc wieczorem zjeść kolację po długim, wyczerpującym i super inspirującym dniu. Chodząc od jednego miejsca do drugiego odkrywaliśmy z coraz większym zadziwieniem, że to, co o Kalimantanie słyszeliśmy wcześniej (że z jedzeniem wege będzie ciężko) po raz pierwszy się sprawdza. Już przyzwyczajam się do myśli, że na kolację zjemy banany ze straganu i zupkę instant, gdy nagle w ostatnim miejscu, do którego zaglądamy, słyszymy słowa "oh, you must be looking for some vegetarian food..." wypowiedziane pięknym płynnym angielskim z amerykańskim akcentem i nie wiem, co bardziej mnie zaskakuje, czy to, że słowa padają z ust kobiety, która wyglądem nie różni się niczym od innych kobiet chodzących ulicami Sukadany (prócz tej jednej małej niezauważalnej acz kluczowej różnicy, że biegle mówi po angielsku) czy że wypowiedziane są w tak żartobliwy sposób, że aż samej wydaje mi się absuradle to, co robimy w tym mieście kurczaków. Ze zdziwienia bądź też po prostu ze zmęczenia siadamy obok Livi i rozpoczynamy rozmowę, która staje się preludium do wspólnie spędzonego smacznego kawałka wieczora. Livi spontanicznie szuka różnych pomysłów na to, jak możemy zjeść tutaj coś wege. Dzwoni do znajomych z pytaniem, czy możemy sobie w ich kuchni usmażyć warzywa, które kupimy na straganie, pyta w restauracji w której siedzimy (gdzie właśnie kończy swojego kurczaka) czy może tutaj mogą nam coś usmażyć na zamówienie, w końcu zabiera nas (po drodze prosząc swojego przyjaciela, by użyczył jednego miejsca na swoim motorze) w tour po Sukadanie od jednego do drugiego miejsca, gdzie potencjalnie może być cap cay. Wszystko zamknięte... oprócz ostatniej restauracji w części Sukadany do której jeszcze nie dotarliśmy i pewnie sami byśmy nie dotarli :) Sącząc sok z mango słuchamy Livi i jej opowieści o pracy w komisji wyborczej oraz o życiu w złotej klatce - z dobrze płatną pracą, wiele kilometrów od męża i dzieci. Angielskiego uczyła się w szkole oraz z piosenek i filmów. Nie przestaję wychodzić z zadziwienia.
Komentarze
Prześlij komentarz