Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Sukadana, gdzie się zatrzymaliśmy na 4 dni, jest bardzo rozległą miejscowością. Domy pojawiają się rzadka. Jedynie w centrum stężenie budynków i ludzi na metr kwadratowy przypomina inne miasteczka Bornea. W przewodniku było napisane, że dobrze mieć własny transport, by swobodnie się poruszać. I coś w tym rzeczywiście jest. Jako jedyni ludzie poruszający się po Sukadanie na pieszo byliśmy a) atrakcją, b) i zmęczeni/znużeni kilometrami, które wykonywaliśmy. Przykładowa odległość - z centrum na plażę idzie się ok. 40 - 60 minut :) Co ciekawe, z każdym kolejnym razem, gdy przemierzałam tę trasę droga wydawała mi się krótsza.
Plaża w Sukadanie otoczona jest z dwóch stron drzewami, z jednej strony od wiatru plażę chroni druga wyspa, z drugiej strony półwysep, za którym kryje się przystań i statki odpływające do Pontianaku, gdy w porcie w centrum Sukadany poziom wody jest zbyt niski. O przystani dowiedzieliśmy się w ostatnich minutach naszego pobytu, gdy chcieliśmy złapać łódź płynącą do Pontianaku - naszej kolejnej destynacji. Pojawiliśmy się w porcie o czasie...
...ale okazało się, że miejsce, gdzie czeka łódź jest zupełnie gdzieś indziej. Pomocni motocykliści zabrali nas na maszyny i pomknęliśmy wąską drogą przez las, by po paru kilometrach dosłownie wjechać w morze. Przede mną otworzyła się przestrzeń, motor sunął jak w powietrzu 2 metry nad poziomem wody wąską betonową kładką. Pierwszy moment w Indonezji, kiedy zaparło mi dech w piersi.
Przy wsiadaniu na łódź spotkaliśmy dwójkę niesamowitych ludzi... ale spotkanie to zasługuje na osobną opowieść.
z.
Komentarze
Prześlij komentarz