Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Naszym pomysłem na Singapur - oprócz tego, co zawsze się sprawdza, czyli włóczenia się po ulicach - były muzea.
Odwiedziliśmy trzy, o których warto szerzej tutaj napisać :) Pierwsze w kolejności to Asian Civilisations Museum a w nim piękna, bogata kolekcja, niestety prezentowana w zamkniętej za szybami formie. Dla wzrokowców raj, z którego można by nie wychodzić - dla mnie super niewykorzystany potencjał.
Cieszyły mnie drobne elementy, które "uruchamiały" martwe eksponaty lub uruchamiały moje serce: wywiad z twórcą kaligrafii, który mówi, że zanim cokolwiek napisze (a może udoskonalać pisanie jednego słowa przez lata) koniecznie musi to sobie zwizualizować - bez tego nie powstanie piękna kaligrafia lub ulotki, które zachęcały do innego spojrzenia na wazy, rzeźby i obrazy, uruchamiały moją wyobraźnię, zachęcały do postawienia się w roli osoby, która ma pokonać minotaura lub w roli detektywa, który ma stwierdzić, co kiedyś ten arachnioł miał w dłoni lub w roli pewnej kobiety z obrazu, która zaraz miała wyjść za mąż za człowieka, którego nawet nie widziała - zachęcano, by wszystkie te odpowiedzi spisywać na fragmentac ulotek a po zakończeniu zwiedzania podzielić się nimi w specjalnie do tego przygotowanej przestrzeni. Czytanie odpowiedzi innych osób to najbardziej energetyczny dla mnie moment wizyty w tym miejscu ;)
Drugie w kolejności miejsce, które odwiedziliśmy to Singapore Art Museum, które w swoim charakterze bardziej przypomina warszawskie CSW. Och! i chciałabym zobaczyć taką wystawę, jaką my mieliśmy okazję zobaczyć w Singapurze, za jakiś czas w Zamku Ujazdowskim. Z kilku równoległych wystaw czasowych najlepsza była ta, która pokazywała myślenie artystów z kręgu kultury arabskiej o tym, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu.
Poniżej nieudolna próba uchwycenia instalacji wideo, która z gorzkim przymróżeniem prezentuje modę dla Palestyńczyków. Koszule z odkrytymi brzuchami, zamki błyskawiczne lub rolety wmontowane w marynarki mają pomagać sprawniej przechodzić przez kontrole dokonywane przez Izraelczyków.
Tutaj z kolei chińskie wazy i malowidła obrazują bombardowania w Libanie sprzed paru lat. Każda z nich upamiętnia inne wydarzenie, każda bazuje na relacjach i zdjęciach z gazet. Zmultiplikowane bomby wyglądają jak zdobienie, niebieska porcelana przedstawia sceny z życia... tego trudnego, podczas wojny, która się dzieje tuż za rogiem, a nie wieki temu. Ciary.Poniżej nieudolna próba uchwycenia instalacji wideo, która z gorzkim przymróżeniem prezentuje modę dla Palestyńczyków. Koszule z odkrytymi brzuchami, zamki błyskawiczne lub rolety wmontowane w marynarki mają pomagać sprawniej przechodzić przez kontrole dokonywane przez Izraelczyków.
W każdej kolejnej sali czekało na nas zaskoczenie, np. ciemny pokój z trzema klipami puszczonymi w loopie, trzy teledyski jeden po drugim, w których śpiewają piękne wystylizowane kobiety o urodzie arabskiej lecz blond włosach. Śpiewają piosenki popowe, jazzowe i nocne klubowe. Patrzysz i słuchasz melodii i nie wiesz o co chodzi. Zaczynasz czytać podpisy i uderzają cię wersy w stylu "i zetniesz ich głowy". Potem dowiadujesz się z komentarza do pracy, że to teksty piosenek propagandowych napisanych na zlecenie Saddama Hussaina. Piosenkarki ponoć nie znały dokładnego znaczenia słów, które wyśpiewywały, ponieważ były w obcym dla nich dialekcie. Wczuwały się w aranż, dla nich były to piosenki miłosne, które miały za zadanie uwodzić "męskie oko".
Uf. Dużo wrażeń jak na jeden dzień. Kolejnego dnia odwiedziliśmy ostatnie muzeum - National Museum of Singapore. Trafiliśmy na oprowadzanie z przewodnikiem - a raczej panią przewodniczką, która wolontariacko poświęca jedną godzinę w tygodniu, by przejść się z grupą po galerii historycznej i po raz kolejny przybliżyć tajniki powstania Singapuru... a raczej Singapury :)
To muzeum przypominało mi Muzeum Powstania Warszawskiego ;) bijące serce i pełna napięcia muzyka w okresie drugiej wojny światowej i skupienie na historiach osobistych (tutaj dodatkowo zastosowano fajny trik - można było iść trasą "głównych wydarzeń" lub trasą "historii osobistych", gdzie te główne wydarzenia przedstawiane były z perspektywy jednej osoby czy też grupy osób w oparciu o świadectwa historyczne).Uf. Dużo wrażeń jak na jeden dzień. Kolejnego dnia odwiedziliśmy ostatnie muzeum - National Museum of Singapore. Trafiliśmy na oprowadzanie z przewodnikiem - a raczej panią przewodniczką, która wolontariacko poświęca jedną godzinę w tygodniu, by przejść się z grupą po galerii historycznej i po raz kolejny przybliżyć tajniki powstania Singapuru... a raczej Singapury :)
Były też rzeczy, których wcześniej nigdzie nie widziałam - np. taka sala jak na zdjęciu poniżej. kino 270stopni, gdzie akcja dzieje się równolegle w kilku miejscach wioski i obserwować można sobie inscenizacje wybranych fragmentów życia codziennego.
O, albo taka piękna sala jak widać poniżej - wielkoformatowe odbitki zdjęć co najmniej sprzed wieku a na tyle każdej z reprodukcji ekran dotykowy i materiały źródłowe, które można zgłębiać, poznawać historię zdjęcia, czuć jak postaci stają ci się bliższe i zrozumiałe.
Z rzeczy, które zadziwiły mnie były m.in. te portrety poniżej. Pokazują trzy opiekunki domowe - imigrantki z Chin, które składały przysięgę, by żyć w celibacie całe życie i służyć rodzinie, której domem się opiekowały. Na znak tego, że dobrze powodzi im się w Singapurze, że mają stałą pracę, dach nad głową robiły sobie takie właśnie portrety i wysyłały rodzinie. Przyjrzyj się dobrze. Poniżej nawet zbliżenie. To rysunki węglem - w tych czasach, była to tańsza opcja od wycieczki do fotografa.I jeszcze zajawka dotycząca rodzącego się poczucia mocy w ludziach zamieszkujących tereny skolonizowane:
...i na koniec smutny news historyczny dotyczący rowerów. To właśnie te szybkie, niezawodne cichobiegi wykorzystano w trakcie II wojny, by podbić Singapur. Brytyjczycy spodziewali się Japończyków od strony morza - do dziś niewykorzystane działa skierowane są na południe. Ci jednak przybyli z północy. W 17 dni udało się 30 tysiącom żołnierzy przebyć Malezję tylko dzięki temu, że mogli jednośladami przejeżdżać przez uprawy prawie niezauważalnie.
Super duży plus dla tego muzeum, że oprócz wystawy historycznej opracowano działy dotyczące życia ludzi w XX-wiecznym Singapurze - były sale poświęcone fotografiom, jedzeniu, filmowi i modzie :)A tę formułkę recytują codziennie dzieciaki w szkole...
/"My, obywatele Singapuru, deklarujemy że jesteśmy jednym, niezależnie od rasy, języka czy religii, po to by budować demokratyczne społeczeństwo, w oparciu o sprawiedliwość i równość, żeby osiągnąć szczęście, dobrobyt i rozwój naszego narodu."/
/"My, obywatele Singapuru, deklarujemy że jesteśmy jednym, niezależnie od rasy, języka czy religii, po to by budować demokratyczne społeczeństwo, w oparciu o sprawiedliwość i równość, żeby osiągnąć szczęście, dobrobyt i rozwój naszego narodu."/
amen...
z.
Komentarze
Prześlij komentarz