Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Pod koniec fascynującego dnia w okolicach Seloliman Medi zabiera nas jeszcze na spacer po swojej wiosce. Jego zwieńczeniem ma być miejsce, gdzie wypijemy świeżo prażoną kawę.
Trafiamy do bambusowej chatynki, gdzie wita nas ona - Bona o uśmiechu aktorki. Jest w niej coś, co od pierwszych sekund ujmuje i przejmuje.
Powoli poznajemy nie tylko smak kawy, którą przygotowała, ale również historię jej życia. Gorzki smak kawy (dwie łyżeczki) niweluje cukier (trzy łyżeczki) - podobnie jak smutną opowieść o trudach ostatnich lat spędzonych w samotności po śmierci męża rozpromieniają humorystyczne wstawki i głośny chichot, który niesie się aż do nieba.
Adam podpytywał się o kolejne etapy przygotowywania kawy - jak się ją mieli, jak wyglądają ziarna kawy jeszcze nieuprażonej, jak Bona pozyskuje ziarna, czy wciąż zbiera je samodzielnie?
W rozmowie pomagał nam Meri tłumacząc ze spokojem wnuczka odpowiedzi Bony na angielski i nasze pytania na jawajski. Ze zdziwieniem i rozbawieniem przyjęliśmy informację o tym, że Bona ziarna bierze z supermarketu :) W domu je praży i mieli. A mieli je tak:
Powoli poznajemy nie tylko smak kawy, którą przygotowała, ale również historię jej życia. Gorzki smak kawy (dwie łyżeczki) niweluje cukier (trzy łyżeczki) - podobnie jak smutną opowieść o trudach ostatnich lat spędzonych w samotności po śmierci męża rozpromieniają humorystyczne wstawki i głośny chichot, który niesie się aż do nieba.
Adam podpytywał się o kolejne etapy przygotowywania kawy - jak się ją mieli, jak wyglądają ziarna kawy jeszcze nieuprażonej, jak Bona pozyskuje ziarna, czy wciąż zbiera je samodzielnie?
W rozmowie pomagał nam Meri tłumacząc ze spokojem wnuczka odpowiedzi Bony na angielski i nasze pytania na jawajski. Ze zdziwieniem i rozbawieniem przyjęliśmy informację o tym, że Bona ziarna bierze z supermarketu :) W domu je praży i mieli. A mieli je tak:
Pożegnałam Bonę ze łzami w oczach, gdzieś u niej również dopatrzyłam się wzruszenia. Nie wiem, co stało się w trakcie naszego spotkania... jej dom odwiedzają dziesiątki turystów, ponieważ jest stałym punktem każdego village walk - teoretycznie wiec nie powinno być w tym spotkaniu nic wyjątkowego. A jednak coś się zadziało autentycznego pomiędzy nami... może to coś w stylu tych chwil, kiedy piszesz na klawiaturze i przez chwilę nie wiedzieć czemu dziwujesz się nad układem scalonym i tym jak to jest możliwe, by zera i jedynki były w stanie odróżnić literkę a od b i z i zaraz potem znów wracasz do rutyny pisania nie myśląc już o fascynującym systemie, dzięki któremu robisz na co dzień to co robisz.
z.
Komentarze
Prześlij komentarz