Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Z Melakki jechaliśmy do Geogretown 9 godzin nocnym autobusem. Chinatown, podobnie jak w poprzednim mieście, jest wpisane na listę Unesco. Różnica jest taka, że tu domy są większe, a chinatown jest mocno zespojone z częścią indyjską i muzułmańską.
Nie mogliśmy się oprzeć i znów wypożyczyliśmy rowery. Nad wodą były tylko małe plaże, albo osiedla rybackie zbudowane na pomostach. Teraz już to atrakcja turystyczna. A nad wodą - powietrze było zamglone. Podobno ciągle od dymów pochodzących z wypalania pól w Indonezji, w stanie Aceh.Małe, lokalne wydarzenia działy się dosłownie tuż za rogiem. Wracaliśmy z kolacji i w niewielkim zaułku był koncert. Oglądało go mniej więcej 10 osób i kolejne dochodziły. Koncert był dla tymczasowej chińskiej świątyni zbudowanej obok, w ciągu ulicy. Kolejnego dnia rano tej świątyni już nie było.
Tak wygląda wnętrze chińskiej świątyni, która nie jest tymczasowa. Dużo kadzideł, świateł, darów z owoców. Kamienne posągi bogów i smoków patrzą ze wszystkich stron. Świątynie były też domami spotkań/domami kultury poszczególnych chińskich klanów, które przyjeżdżały do Georgetown. W nich łatwiej było im się organizować.
Adam
Komentarze
Prześlij komentarz