Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Wciąż jest inaczej niż nam się wydaje, że będzie

Jesteśmy wciąż (a może już?) w Quettcie. Podróż z Levis (pakistańską strażą graniczną) zajęła nam jednak dwa dni, a nie jeden. W międzyczasie nocowaliśmy w Danbaldin (1000 rupii za pokój 2-osobowy). Pierwsze 300 km przedwczoraj poszło sprawnie, wczoraj jednak było naprawdę ciężko. Zmiany pojazdów co kilkanaście kilometrów. Change, change, change. Kołowrotek w głowie.

Na początku podróży z Levies nawet miałam przytomny umysł i robiłam zdjęcia...

Czasami podróżowaliśmy obok kierowcy, czasami na pace. Na pace więcej widać. Teoretycznie zdjęcia lepiej wychodzą, ale wiatr zawiewał spaliny w naszą stronę. Prawie żadnych zdjęć więc nie zrobiłam. Bezsilnie patrzyłam na piękne pustynne pustkowia i małe wioski, które mijaliśmy po drodze, z charakterystycznymi pękatymi kominami cegielni i wstrzymywałam oddech, by jak najrzadziej wdychać spaliny diesla i mimo wszystko starałam się zapamiętać widoki, których uwiecznić aparatem nie miałam siły.

Przez parę minut to się sprawdza - ale wstrzymywanie oddechu przez parę godzin? W efekcie pewne fragmenty przemierzyliśmy jak w letargu, z półprzymkniętymi oczami, z chustami przy twarzy, bez świadomości, czy to jest 5, 10 czy 15 samochód, który nas wiezie.

Podczas przesiadek z jednej paki na drugą witało nas zawsze parę uśmiechniętych twarzy. Część to byli policjanci, którzy właśnie nas wieźli, część to ci, którzy właśnie nas zabiorą, pozostali to ci, którzy pracują na danym check poście i po prostu są tu, by popatrzeć, lub nas wylegitymować. Na początku pamiętałam, komu należy powiedzieć szukria w podziękowaniu, komu salam alejkum na przywitanie, z kim się pożegnać - hodafez! W momencie, gdy zmęczenie sięgnęło zenitu straciłam rozeznanie. Postacie zmieniały się jak w młynku, przesiadki były coraz częstsze, imiona strażników się poplątały, nowym osobom mówiłam do widzenia, ze "starymi znajomymi" witałam się na nowo. Pewnego rodzaju porażka towarzyska.

Czasami droga wyglądała tak...

...czasami tak...

...a czasami zupełnie nie dało się przejechać :)

Gdy wysiediliśmy w Quettcie na stacji kolejowej, by kupić bilet na pociąg i ja i Adam czuliśmy, jak drżą nam nogi i ręce. Po prostu ze zmęczenia. Bilet był droższy niż przewidywaliśmy (ok. 1200 rupii na osobę) - ktoś powinien to w końcu głośno powiedzieć: w internecie znajdziecie tylko przestarzałe informacje. Policja zawiozła nas do hotelu, gdzie myśleliśmy, że po prostu wypoczniemy i nabierzemy sił przed długą podróżą pociągową następnego dnia... ale było inaczej.

W Bloom Star (3000 rupii za pokój 2-osobowy, bez jedzenia) od obsługi hotelu dowiedzieliśmy się, że zostaniemy wpuszczeni do pociągu tylko z kwitkiem NOC. Znów research internetowy wprowadził nas w błąd - wcześniej znalazłam relacje osób, które jechały Quetta Express, bez tych administracyjnych ceregieli. Nie wiedzieliśmy, że jest to obecnie wymagane... Po drodze żaden z kilkudziesięciu policjantów/strażników granicznych też się nas o to nie pytał. Ciekawe, co myśleli policjanci, którzy pomogli nam kupić wczoraj bilety na pociąg i nawet się o NOC-u nie zająknęli.

Obecnie czekamy na decyzję - czy możemy wsiadać zaraz do pociągu (jest 8 rano, pociąg odjeżdża o 10). Czy mamy "kiblować" w pokoju hotelowym przez kolejną dobę lub dwie. Jest właśnie weekend, to wszystko komplikuje sprawę. To be continued. Już niczego nie przewiduję, po prostu płyniemy z prądem.

p.s. Dzisiaj nie wyjechaliśmy z Quetty. Nie udało się przeskoczyć biurokratyzmu. Kolejna szansa - jutro rano! Na szczęście sprawdza się rada Akbara (z Bam) - wiekowego człowieka, który prowadzi tam kultowy hostel, w którym nie dane nam było przenocować. Poszliśmy do niego po praktyczne wskazówki, jak podróżować przez Pakistan, ponieważ zatrzymują się u niego dziesiątki osób, które podobnie jak my przemierzają tę trasę. Ku mojemu zaskoczeniu nie powiedział nam nic konkretnego poza tym, byśmy mieli otwarte serca i to nam pomoże. Stosujemy się do tej porady (jeśli zmęczenie nie góruje nad naszymi instynktami) i czujemy, jak pomocni są ludzie dookoła i jak bardzo chcą nas chronić i bezpiecznie prowadzić do przodu. Wesołego Alleluja. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...