Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

450 km - nie róbmy tego więcej

450 km - nie róbmy tego więcej

Dotarliśmy do Teheranu. To był ponad 12 godzinny maraton autostopowy. Naprawdę przedziwnie się jeździ autostopem tutaj. Ludzie na ulicy nie rozumieją, po co chcemy jechać czyimś autem, skoro za rogiem jest dworzec autobusowy, albo taxi, albo shared taxi. Każda przesiadka z jednego auta do drugiego to rozmowy łamanym farsi. Mamy już parę kartek w notesie zapisanych "pomocnymi" zwrotami. Jednak, jeśli ktoś od początku się nie uśmiecha lub nie ma intencji wzięcia nas ot tak po prostu, bez kasy, to te zwroty, z których usilnie korzystamy niewiele zmieniają. Napotykamy tylko grymas zdziwienia i robi się niezręcznie, więc grzecznie dziękujemy i machamy do kolejnego auta. Bardzo często chcą nas zabierać nieoznakowane taksówki, tym również dziękujemy. Już prawie jesteśmy je w stanie rozpoznać z odległości, bez rozpoczynania rozmowy z kierowcą.

Pomimo tego udało się nam dzisiaj przejechać 450 km, z 8 kierowcami. Całościowy koszt to 10.000 tumanów (12 zł), za shared taxi, która z samego rana zabrała nas z Masuleh i za metro łączące Karaj i Teheran.

Mam wrażenie, że każdy kierowca, który koniec końców nas zabiera, myśli, że jest jedyną i pierwszą w Iranie osobą, która zdobyła się na taki gest pomocy. I że po wysiadce z jego samochodu możemy liczyć już tylko na bus lub taksi, bo nikt inny się nie zatrzyma, lub że to było tak wyjątkowe, że próba powtarzania tego z innymi kierowcami jest łamaniem jakiegoś kosmicznego prawa, które limituje przydział dzikiego farta na osobę. Cóż, ale robimy to i po drodze spotykamy dziesiątki pomocnych osób.

Tym razem jednak przeholowaliśmy - wyjechaliśmy bez śniadania, po drodze szybki falafel i chleb z serkiem, nie było czasu na obiad i ostatecznie coś ciepłego zjedliśmy po 22, już w Teheranie. Tak się nie powinno robić.



Ale za to widoki, jakie widzieliśmy, były niesamowite. Trasa z Chalus do Teheranu wiedzie przez góry, wśród których są 4-tysięczniki. Przepaście, serpentyny, przeciskające się ulice pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt metrów pionowymi ścianami, długie tunele pod masywami górskimi, śnieg na wyciągnięcie ręki, rześkie powietrze. Patrzysz na formacje skalne z bliska, masz wrażenie, że jak wyciągniesz rękę przez okno samochodu to ich dotkniesz. A przecież to, co widzisz, wygląda na tak niedostępne miejsce. Mimo to kilometr za kilometrem przedzierasz się w głąb, w górę i w dół i w końcu znajdujesz się po drugiej stronie. I robią to setki kierowców codziennie, bo to dość uczęszczana trasa, kręta, ale ze stałym ruchem samochodowym. Nie da się tego włożyć w znane mi kategorie. "Coś co jest wyjątkowe i niedostępne i jednocześnie jest codziennością"?


I przede wszystkim to wrażenie, że ludzie nie byliby w stanie z całą swoją techniką i "cywilizacją" powtórzyć tych kształtów. Są wyjątkowe i potrzeba było sił natury, by przemieszczać i wypiętrzać tak ogromne bloki skalne. Dało mi to takie dobre, uziemiające poczucie, jak niewiele znaczymy wobec przyrody i naturalnych mechanizmów rządzących Ziemią. Poczucie pokory, które łatwo umyka, gdy na co dzień poruszamy się po przetworzonych krajobrazach, płaskich, zapakowanych w bloki i  proste ulice, poprzeszywanych systemem rur i trakcji elektrycznych. Obcowanie z żywiołami powinno być wpisane w nasze codzienne praktyki. Popatrz na morze przez 20 minut i poczuj jego siłę. Pójdź na spacer w góry i daj się omamić wysokością i potęgą. Połóż się na mchu w lesie i spróbuj zrozumieć fenomen fotosyntezy.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...