Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Siadłam do posta o tym pięknym mieście pełna przekonania, że uda mi się coś wyjątkowego o nim napisać. Siedzę i siedzę i póki co nic nie wymyśliłam. Jest tu super, bez wątpienia. Ale do tej pory nie zdarzyło się nam tutaj nic wykraczającego poza ramy "przewodnikowego zwiedzania".
Największy plac publiczny na świecie (za wyjątkiem jednego w Chinach) - odhaczony. Inne - równie przestronne - też.
Dwa piękne meczety - jeden cały wyłożony zawrotną ceramiką, drugi z idealnie wyprofilowaną kopułą, która opiera się trzęsieniom ziemi - odhaczone.
Jeden z ceglanych mostów nad rzeką (prawie wysuszoną) - odwiedzony i obfotografowany.
Pałac i tradycyjne zoroastriańskie tańce - zaliczone.
Tutaj wkrada się mały szczegół, o którym w przewodnikach nie piszą. Dlaczego na tydzień przed Nowym Rokiem, we wtorek, ludzie odpalają tyle petard (nie fajerwerków)? Ponoć (w pewnych kręgach) jest to sprzeciw wobec zakazu rozpalania ognia, tradycji, którą kiedyś w tym okresie na ulicach i placach miast praktykowali zoroastrianie. Reszta osób puszcza petardy pewnie "dla zabawy", ale to już inna historia. Dowiedzieliśmy się tego pijąc ash w namiocie rozstawionym przy wejściu do pałacu, gdzie zorganizowano pokaz tradycyjnych tańców irańskich.
Tę rutynę przewodnikową przełamujemy popijając soki - z granata, z pomarańczy, z granata i pomarańczy, z granata i jeżyn... Mamy tu nawet swój ulubiony punkt ze świeżo wyciskanymi sokami. Taka "nasza miejscówa" w tym nieznanym jeszcze przed paroma dniami mieście. "Miejscówę" poznaje się po tym, że można w niej spotkać "znajomych z okolicy". W naszym punkcie z sokami "spotkaliśmy" "znajomego" sprzedawcę z warzywniaka parę przecznic dalej. Kupiliśmy tam składniki na wieczorną kolację - pomidory, ziemniaki, paprykę... Pan zaś do naszej soczystej miejscówy dostarczył arbuzy. Mały jest ten świat a wszystkie drogi prowadzą do punktu z dobrym sokiem z owoców.
Największy plac publiczny na świecie (za wyjątkiem jednego w Chinach) - odhaczony. Inne - równie przestronne - też.
| Zwiedzaliśmy to miasto akurat w momencie, gdy w całym Iranie ogłoszono żałobę narodową po śmierci Fatimy - córki jednego z głównych duchownych, stąd przestrzenie ziejące pustką. |
Dwa piękne meczety - jeden cały wyłożony zawrotną ceramiką, drugi z idealnie wyprofilowaną kopułą, która opiera się trzęsieniom ziemi - odhaczone.
| To zdjęcie warto oglądać w powiększeniu - a więc KLIK i rozkoszujesz się misterną robotą :) |
| Masjid-e Imam przy głównym placu Esfahanu. Jest tu niezła akustyka i można się tu pobawić z echem. |
| Widziana z oddali ta ponoć idealnie wyważona kopuła. |
Jeden z ceglanych mostów nad rzeką (prawie wysuszoną) - odwiedzony i obfotografowany.
| ...a pod mostem jedno z ulubionych miejsc spotkań młodych. |
| ...a kto to tak tańczy po lewej? |
Tę rutynę przewodnikową przełamujemy popijając soki - z granata, z pomarańczy, z granata i pomarańczy, z granata i jeżyn... Mamy tu nawet swój ulubiony punkt ze świeżo wyciskanymi sokami. Taka "nasza miejscówa" w tym nieznanym jeszcze przed paroma dniami mieście. "Miejscówę" poznaje się po tym, że można w niej spotkać "znajomych z okolicy". W naszym punkcie z sokami "spotkaliśmy" "znajomego" sprzedawcę z warzywniaka parę przecznic dalej. Kupiliśmy tam składniki na wieczorną kolację - pomidory, ziemniaki, paprykę... Pan zaś do naszej soczystej miejscówy dostarczył arbuzy. Mały jest ten świat a wszystkie drogi prowadzą do punktu z dobrym sokiem z owoców.
Komentarze
Prześlij komentarz