Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Do Dogubeyazit docieramy o 8 rano. Wita nas Wielki Ararat górujący nad tą malutką miejscowością przygraniczną. Plan jest prosty - szybkie śniadanie, szybka wymiana waluty z lir na riale i szybki stop do granicy.
Pomimo szczerych chęci i odwiedzonych 5 kantorów, nikt riali nie chciał nam sprzedać. Stracona godzina. Choć nie jest to regułą - tego samego dnia na granicy spotkaliśmy rowerzystę z Francji, któremu ta sztuka się udała. Mamy teoryjkę spiskową, że zgarnął przed nami wszystkie riale z Dogu i dlatego do Iranu wjechaliśmy z pustymi kieszeniami.
P.S. Aha - chcę to upamiętnić: rano, gdy na dworcu autobusowym czekałam aż Adam wróci z łazienki (czasami myjemy się na dworcach - jea!), dość tępo patrzyłam przed siebie i próbowałam ignorować natrętne wpatrywanie się we mnie pewnego starszego, brzydkiego pana. Nie było to przyjemne i czułam, jak rodzi się we mnie chłód. Pan przywołał do siebie jakiegoś chłopaka i ten po chwili wrócił z dwoma herbatami - w tym jedną dla mnie. Chrypiącym głosem przywitał mnie w Dogu i spróbował się uśmiechnąć. Podziękowałam, wypiłam herbatę i z każdym łykiem, czułam jak moje wnętrze odtaja. Lekcja, by w każdej sytuacji w każdej osobie dostrzegać uśmiech i dobro, które kryją się pod skorupą.
Pomimo szczerych chęci i odwiedzonych 5 kantorów, nikt riali nie chciał nam sprzedać. Stracona godzina. Choć nie jest to regułą - tego samego dnia na granicy spotkaliśmy rowerzystę z Francji, któremu ta sztuka się udała. Mamy teoryjkę spiskową, że zgarnął przed nami wszystkie riale z Dogu i dlatego do Iranu wjechaliśmy z pustymi kieszeniami.
P.S. Aha - chcę to upamiętnić: rano, gdy na dworcu autobusowym czekałam aż Adam wróci z łazienki (czasami myjemy się na dworcach - jea!), dość tępo patrzyłam przed siebie i próbowałam ignorować natrętne wpatrywanie się we mnie pewnego starszego, brzydkiego pana. Nie było to przyjemne i czułam, jak rodzi się we mnie chłód. Pan przywołał do siebie jakiegoś chłopaka i ten po chwili wrócił z dwoma herbatami - w tym jedną dla mnie. Chrypiącym głosem przywitał mnie w Dogu i spróbował się uśmiechnąć. Podziękowałam, wypiłam herbatę i z każdym łykiem, czułam jak moje wnętrze odtaja. Lekcja, by w każdej sytuacji w każdej osobie dostrzegać uśmiech i dobro, które kryją się pod skorupą.
Komentarze
Prześlij komentarz