Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Tajemnica Farah

Drugą postacią, która otworzyła nam oczy na Iran jest Farah. Mieszka w Zanjan, ma okoł 40 lat. Studiowała przez moment w Tabrizie, ale miasto to wyjątkowo jej nie podpasowało. Teheranu też nie lubi. Doradzając nam trasę dalszej podróży stwierdziła, że w zasadzie to powinniśmy sobie stolicę odpuścić. Są tam fajne rzeczy do zobaczenia i zrobienia, ale trzeba wiedzieć dokładnie czego się szuka i najczęściej turystom się to nie udaje. Sprawdzimy to na własnej skórze, bowiem do Teheranu mimo wszystko pojedziemy.


Czy wszystkie osoby, które spotkamy w drodze będą łączyły w sobie najdalsze skrajności? Farah skończyła mikrobiologię (w Iranie), doktorat jednak uzyskała z dizajnu (w Niemczech), dzięki badaniom przeprowadzonym w dziedzinie różnych technik tkania. Pracuje jako przewodniczka turystyczna, jest również dziennikarką piszącą dla Teheran Times i społeczniczką. Głębi jej postaci dodaje historia życia osobistego, która sprawiła, że obecnie prowadzi samodzielne gospodarstwo domowe, w przyziemiu domu zamieszkanego przez jej ojca i jednego z wielu braci. Zdecydowanie jednak ten blog to nie miejsce na wykładanie tej historii tutaj.

Farah zawsze ma spakowany plecak na wypadek, gdyby spłynęło do niej nagłe zlecenie turystyczne. Jeśli takie się pojawia bierze plecak i jedzie czasami nawet setki kilometrów, by oprowadzić grupę po zabytkach ważnych dla historii Iranu. Wyobrażam sobie, że z taką przewodniczką nawet najbardziej zniszczona stacja archeologiczna, po której nie zostało więcej niż parę kamieni na krzyż, może stać się fascynującą podróżą w przeszłość.

Ostatnio w ramach swojej pracy podróżowała 600 km samodzielnie stopem po Beluchestanie. Celem tej wyprawy było zebranie materiału do artykułu konfrontującego mity o tym regionie kraju (że jest niebezpieczny), z codzienną rzeczywistością (że taki nie jest).


Spotkanie z nią trwało chwilę. W tej podróży czuję się jakbym stała na peronie i przyglądała się wnętrzom kolejnych przedziałów pociągu, który właśnie zaczyna odjeżdżać ze stacji. Każdy przedział niesie inną historię, do każdego zaglądam na chwilę, próbuję zrozumieć, co się w nim dzieje i już prawie prawie to mam, ale obraz znika mi sprzed oczu i już przyglądam się nowemu wnętrzu.

...i juz przygladam sie nowemu wnetrzu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...